Garderoba

Budowanie garderoby: czego nauczyłam się w tej kwestii od mojego męża?

Która z nas nie marzy o spójnej, funkcjonalnej i stylowej zawartości szafy? Niektórym szczęściarom udało się już ją skompletować, ale ja należę do tych kobiet, które dopiero niedawno wkroczyły na właściwą drogę i cel jeszcze dość daleko przed nimi. Budowanie garderoby idealnej to długotrwały proces i warto dać sobie trochę czasu. Pośpiech bywa złym i kosztownym doradcą, oj, wiem co mówię!

Przekonałam się o tym na własnej skórze, dlatego już jakiś czas temu postanowiłam bardzo poważnie podjeść do tematu. Zaczęłam od analizy, ilu ubrań potrzebuję tak naprawdę. Wynik tego eksperymentu wpłynął na moją decyzję o podjęciu dość dużego, wcześniej zupełnie niewyobrażalnego wyzwania – rocznej wstrzemięźliwości od kupowania ubrań, butów i dodatków. Jestem prawie na półmetku, więc niebawem podzielę się refleksjami i wnioskami.

W międzyczasie szukałam inspiracji i porad, od czego zacząć budowanie garderoby idealnej. Zupełnie nieoczekiwanie wiele odpowiedzi znalazłam podczas baczniejszej obserwacji mojego męża i jego podejścia do ubrań. Wcześniej nie brałam go pod uwagę w tej kwestii. No bo umówmy się, co facet – taki prawdziwy z krwi i kości – nieorientujący się w podstawowych trendach, dla którego istnieją tylko trzy kolory (ładny, brzydki i … ten trzeci, którego nazwa jest na tyle nieelegancka, że jej tu nie przytoczę), może wiedzieć na temat komponowania zawartości szafy…? Może, i to całkiem sporo!

Nie ma tu jakichś wielkim odkryć czy prawd objawionych. Wiele z tych zasad jest tak oczywistych, że aż boli. Dlaczego zatem budowanie garderoby tylu z nas sprawia problem…?

Mundurek

Mężczyźni, w przeciwieństwie do nas, nie mają zbyt dużego wyboru. Podczas gdy my głowimy się nad spódnicą, sukienką, a może jednak spodniami, im pozostają właściwie tylko spodnie.

W większości poradników budowanie garderoby zaleca się rozpocząć od odpowiedzi na pytanie, w jakich fasonach czujemy się najlepiej i które nam najbardziej pasują. Potem ograniczamy liczbę ubrań, by zawęzić wybór. Odwieczny problem „nie mam co na siebie włożyć” wcale nie oznacza, że mamy za mało ciuchów. Oznacza, że mamy za duży wybór wśród nie do końca dobrze dobranych elementów.

Należy zatem po prostu podjąć decyzję, co będzie składało się na nasz mundurek. Spodnie + t-shirt + kardigan? A może spódnica + sweterek + apaszka? Mój mąż nie kombinuje z fasonami. Nosi określony krój spodni, określone góry. Wie, co mu pasuje, w czym czuje się najlepiej i najzwyczajniej w świecie powiela te zestawy.

Najbardziej charakterystycznym przykładem męskiego mundurka jest chyba czarny golf i niebieskie dżinsy Steve’a Jobsa, współzałożyciela firmy Apple. Wziął się z fascynacji Jobsa jednakowym, bardzo stylowym ubiorem pracowników fabryki Sony, których widział podczas swojej wycieczki do Japonii. Bardzo chciał wprowadzić taki mundurek w swojej firmie, ale jego podwładni szybko wybili mu pomysł z głowy. Jednak sama idea budowania więzi i poczucia wspólnoty w firmie poprzez taki sam ubiór, stworzony przez słynnego projektanta, tak bardzo podobała się Jobsowi, że poprosił Isseya Miyake, by ten zrobił mu kilka golfów. Projektant przesłał mu sto sztuk…

Czy myślicie, że Steve Jobs tracił rano czas i zastanawiał się, co by tu dziś na siebie włożyć? Jednocześnie trudno odmówić mu bardzo indywidualnego, charakterystycznego i oryginalnego podejścia do garderoby…

Eksploatacja

Zbyt duża liczba różnych butów, sukienek czy spodni stwarza znów niepotrzebny szeroki wybór. Rok ma ograniczoną liczbę dni, więc nie jesteśmy w stanie wszystkich ubrań sensownie eksploatować. Na podstawie mojego eksperymentu wiem, że niektóre rzeczy założyłam tylko raz w ciągu roku… To jest kompletnie nieopłacalne.

Jeśli za sukienkę zapłaciłam 200 zł i noszę ją raz w roku, a trzymam w szafie średnio przez cztery lata (bo np. zmienia mi się figura lub preferencje odnośnie stylu), to jednorazowy koszt ubrania jej wynosi 50 zł. Sporo. Do tego muszę wydać kolejne pieniądze, by zapewnić sobie odzież na pozostałe dni. Gdybym jednak ubrała ją przynajmniej 10 razy w ciągu roku, to jednorazowe założenie jej kosztuje mnie już tylko 5 zł.

Mój mąż eksploatuje swoje ubrania bardzo rozsądnie i optymalnie. Nosi je często, przez długi czas. Kiedy faktycznie się z nimi żegna, to nie dlatego, że przestały mu się podobać czy rażąco odbiegają od trendów, ale po prostu widać na nich ślady zużycia. Wyznaje zasadę, że wydał na nie pieniądze, żeby z nich korzystać, a nie po to, by zapewnić im leżakowanie w szafie.

Budowanie garderoby w kapsułce

Gdy powiedziałam mojemu mężowi, że jego szafa jest modelowym przykładem capsule wardrobe, spojrzał na mnie jak na kosmitkę i stwierdził, że nie zna człowieka 😉

A tak serio, to po prostu dowód na intuicyjne i nie w pełni świadome budowanie garderoby według zasad kapsułki. Ma ograniczoną liczbę ubrań, a wszystkie elementy pasują do siebie nawzajem, dając mu mnóstwo możliwości tworzenia różnorodnych zestawów. My, kobiety, często zachwycamy się jakąś spódnicą, a potem okazuje się, że pasuje nam do niej tylko jedna bluzka… I co? Trzeba albo coś do niej dokupić, albo nosić ją raz do roku…

Bardzo pomocna w stworzeniu kapsułkowej szafy jest ograniczona paleta kolorystyczna. To nie oznacza jednak zawężenia do dżinsowego niebieskiego i czarnego koloru Jobsa – dla wielu z nas to po prostu zwyczajna nuda. Dlatego trafniejszym sformułowaniem będzie spójna paleta kolorystyczna. Patrząc na mojego męża wcale nie widzę tylko trzech czy czterech kolorów. Nosi dżins, camel, brąz, biel, granat, beż, szarość, czerń, czerwień, błękit, a nawet trochę żółci i zieleni. Chodzi o to, że wszystkie jego kolory mają podobną temperaturę (normalnie kolory mogą być ciepłe lub zimne) i określoną jaskrawość (mogą być intensywne lub stonowane – mój mąż wybiera przeważnie odcienie stonowane). To pozwala na dowolne miksowanie elementów i uniknięcie nudy.

Jakość, ilość, pieniądze

Niby wszystkie wiemy, że lepiej stawiać na jakość, nie na ilość. Ale czy nie mamy na swoim koncie przynajmniej jednego zakupu czegoś, co zawróciło nam w głowie, a po pierwszym praniu nadawało się na szmatę do podłogi?

Nie zawsze wysoka cena oznacza świetną jakość. Bardzo często płacimy po prostu za wypromowaną markę.

Mój mąż ma sprawdzone marki: nosi na przykład buty tylko z jednej firmy, dość drogie, ale po pierwsze wygodne, po drugie ładne, a po trzecie – bardzo dobre jakościowo i trwałe. Płaci za nie ok. 600 zł, jednak na sezon zimowy ma tylko dwie pary, które służą mu nawet kilka lat. Raz uległ moim namowom i kupił buty w innym sklepie. Był z nich niezadowolony i więcej nie dał tej marce szansy.

Nie waha się również składać reklamacji, gdy jakiś egzemplarz jednak odbiega od przyjętych standardów wysokiej jakości (a jak wiemy, zdarza się to nawet najlepszym). Ostatnio zaniósł buty, w których rozkleiła się podeszwa. Kupił je dwa lata temu, eksploatował intensywnie i były już na końcówce gwarancji. Jednak zostały naprawione i nadal może je nosić. To taka konsekwencja i świadomość, której się od niego stale uczę. Zawsze trzyma paragony zakupionych rzeczy i bez skrupułów egzekwuje prawa konsumenckie. Ja bardzo często wyrzucam rachunki tańszych rzeczy. Oczywiście denerwuję się, gdy jakaś bluzka nie spełnia moich oczekiwań i po pierwszym praniu wykręcają się szwy, ale jakoś nie podejmuję się zareklamowania trefnego towaru. Bo mi się nie chce, bo nie mam czasu, bo spisałam daną rzecz na starty. A to błąd.

To tak jak z ruchem zero waste – działania w obecnej skali mikro, choć godne pochwały, nie zostaną zauważone globalnie. Jednak gdyby już każdy z nas, bez wyjątku i konsekwentnie stosował zasady pozwalające ograniczyć produkcję śmieci, świat momentalnie stałby się czystszy. Podobnie jest z reklamacjami. Jeden klient na tysiąc, który uparcie dochodzi swoich praw, nie zmieni podejścia firm produkujących np. odzież. Ale gdybyśmy każdą, nawet najtańszą rzecz, która się rozciągnęła, wykręciła, wyblakła, popękała, rozkleiła – reklamowały, być może producentom przestałoby się opłacać oferowanie nam kiepskiej jakości…?

Nie wiem, czy też to zauważyłyście, ale mam wrażenie, że męskie rzeczy są często dużo lepszej jakości niż damskie. Przypadek? Nie sądzę…

Stosunek do zakupów

Zakupy są zmorą mojego męża. Nie lubi chodzić po sklepach, męczy go to oraz uważa za marnotrawstwo czasu. W związku z tym przyjął zasadę, że dwa razy do roku uzupełnia i wymienia garderobę. Raz w sezonie wiosenno-letnim, a drugi raz w sezonie jesienno-zimowym. Żeby ulżyć mu w cierpieniu, pomagam w tym strasznym i uciążliwym procesie. Ustalamy mniej więcej, czego potrzebuje w danym momencie i później poświęcamy kilka godzin na odwiedzenie sprawdzonych sklepów. Nauczyliśmy się robić to bardzo sprawnie.

To wszystko wiąże się z jednorazowym wydaniem dużej sumy pieniędzy. Kiedyś dla mnie było to po prostu nie do przejścia. Wolałam wydawać systematycznie, jakoś mniej bolało. Ale gdy świadomie usiadłam do podsumowania wydatków na ubrania, okazało się, że z tych drobnych i nic nieznaczących zakupów wyłania się olbrzymia kwota… Na jedno więc wychodzi.

Dzięki takiemu podejściu mój mąż nigdy nie ma problemu z doborem stroju na jakąś konkretną okazję. Ja również staram się od jakiegoś czasu nie szaleć przed wielkim wyjściem i szukać kiecki specjalnie na daną imprezę. Często takie zakupy bywają nietrafione, na siłę, bo goni nas czas. Warto dobrze przemyśleć budowanie garderoby i uwzględnić w niej elementy, które przydadzą się na zbliżające się okazje. Można mieć na tyle uniwersalne sukienki, które zawsze uratują nas z opresji. Poza tym o pewnych sytuacjach, takich jak czekające nas śluby, komunie czy jubileusze, wiemy z dużym wyprzedzeniem. Dzięki temu nie ma potrzeby zostawiania zakupów na ostatnią chwilę. Dobry plan na sezonowe uzupełnianie szafy to podstawa.

Jak cię widzą…

Dużym problemem dla niektórych z nas jest fakt pojawienia się w tej samej kreacji kilkakrotnie lub nawet dwukrotnie w tym samym towarzystwie. A już o noszeniu tego samego dwa dni z rzędu trzeba zapomnieć!

Otóż nie. Dobra, świetnie leżąca wyjściowa sukienka może służyć nam na wiele okazji. Wystarczy urozmaicać ją różnymi dodatkami, zmieniając jej charakter. Dla mnie nie jest to powód do wstydu. Wręcz przeciwnie – to jest powód do dumy. Takie podejście świadczy bowiem o odpowiedzialności: za środowisko, za nasze finanse, za nasz czas. Pogoń za wciąż nowymi kreacjami, bo przecież nie wypada pokazać się w tej samej kiecce na dwóch weselach, często kończy się katastrofą. Zamiast wybrać sprawdzoną sukienkę, dobrze dopasowaną do naszej figury, kupujemy kolejną i kolejną kreację. Czy wszystkie są idealne? Niekoniecznie.

Warto tu nadmienić, że ludzie naprawdę nie zwracają na nas aż takiej uwagi, jak sądzimy. Nie pamiętają naszych strojów. A nawet jeśli komuś bardzo przeszkadza, że drugi raz ubrałam tę samą sukienkę lub trzy dni z rzędu noszę te same spodnie, to jest jego problem, nie mój. Dowodzi drobiazgowości i małostkowości. Dopóki rzeczy są czyste, nie ma powodu do wstydu czy obaw.

Dawniej trudno było mi się do tej tezy przekonać. Ba! Próbowałam nawet wymusić na moim mężu, by codziennie zakładał coś nowego. Prałam swoje dżinsy i żakiety po jednym założeniu, nie mówiąc już o t-shirtach czy swetrach. A wiadomo, że zbyt częste pranie przyspiesza niszczenie ubrań. Jednak mój mąż swoim uporem i konsekwencją udowodnił mi, w jakim błędzie byłam. On nosi kilka dni z rzędu ten sam zestaw (naturalnie za wyjątkiem bielizny). Oczywiście nie trzyma się sztywnych ram czasowych. Czasami są to dwa dni, a czasami aż pięć. Wszystko zależy od pogody czy stopnia aktywności.

Pomału przekonywałam się do takiego podejścia. I co się okazało? Że wbrew wcześniejszemu przekonaniu moje rzeczy noszone dwa dni z rzędu, wciąż ładnie pachną, nawet w newralgicznych miejscach oraz są czyste. To oczywiście bardzo indywidualna sprawa. Skoro jednak oboje nie mamy problemu z potliwością i codziennie dbamy o higienę, a do tego używamy antyperspirantów, wszystko jest w porządku. Mamy to szczęście, że możemy pozwolić sobie na takie podejście do ubrań.

Panuje również takie przekonanie, że nie powinno się nosić dwa dni z rzędu tych samych rzeczy, zwłaszcza butów, bo one muszą „odpocząć”. Ja się z tym nie zgadzam. Przecież nie śpimy w butach, prawda? Więc skoro nam wystarcza osiem godzin na zregenerowanie organizmu w nocy, naszym butom i ubraniom też tyle „odpoczynku” powinno wystarczyć.

***

Budowanie garderoby idealnej można więc oprzeć na kilku męskich, czyli mało skomplikowanych 😉 zasadach: znalezienie idealnych fasonów, ograniczenie liczby rzeczy i palety kolorystycznej, wybieranie najlepszej jakości, na jaką nas stać w sprawdzonych sklepach, regularne eksploatowanie swoich rzeczy, by maksymalnie wykorzystać ich potencjał i „odzyskać” w noszeniu wydane pieniądze. Do tego przestać traktować chodzenie po sklepach jako hobby i rozrywkę oraz nie ulegać presji występowania za każdym razem w innej kreacji. Proste? W teorii tak, czas więc na skuteczne wcielenie ich w życie 🙂

 

Tagged , , , , , , , ,