Ciało, Refleksje, Umysł

Żegnajcie, kompleksy!

Niedawno trafiłam na artykuł, który choć znalazł się na średnio ambitnym portalu, szczególnie zwrócił moją uwagę i sprawił, że wzięłam pod lupę kompleksy.

Jenna Kutcher jest fotografem i mieszka w Wisconsin. Ma 30 lat i bardzo przystojnego, wysportowanego męża. Niezbyt nadzwyczajne, prawda? Ale, ale! Jenna jest… krągła. Dziewczyna odbiega od powszechnie lansowanego ideału kobiety. No dobrze, są przecież piękne modelki plus size i znajdują dla siebie przestrzeń w tym okrutnym dla „ponadprogramowych” kilogramów świecie. Jednak – jak się okazuje – problem Jenny polega na tym, że ma „za przystojnego” (sic!) męża. Przynajmniej według wielu osób obserwujących jej działalność i życie w mediach społecznościowych.

Szczerze powiedziawszy, gdy o tym przeczytałam, byłam w szoku. Odwiedziłam od razu profil Jenny i co ujrzałam? Piękną, uśmiechniętą dziewczynę, od której bije tak pozytywna energia, że aż miło patrzeć. Do tego zobaczyłam urocze zdjęcia dwojga kochających się ludzi.

Jenna pod jednym ze zdjęć pisze, że słyszała od ludzi, iż nie mogą uwierzyć, że TAKA dziewczyna usidliła tak dobrze wyglądającego faceta. Otwarcie przyznaje, że niepewność związana z jej nieszczupłym ciałem nasiliła się wraz z wyjściem za mąż za „pana sześciopaka”. Przecież jest zbyt gruba, żeby zasługiwać na kogoś takiego… Jednak jej mąż udowodnił i stale utwierdza ją w przekonaniu, że kocha każdy fragment jej ciała i przypomina, że jest po prostu piękna. A Jenna podsumowuje, że jest czymś więcej niż tylko swoim ciałem, podobnie jak jej mąż i jak każdy z nas…

Kompleksy na widelcu

Każda z nas ma pewne charakterystyczne cechy osobowości, cechy fizyczne czy umiejętności. Są one dla nas ważne, bo nas określają, definiują i tworzą tożsamość. Nie traktujemy ich zatem obiektywnie i chłodno, zazwyczaj towarzyszą temu emocje. To zupełnie zrozumiałe, bo oznacza, że nie jesteśmy sobie obojętne i zależy nam na nas samych. Jeśli więc z tymi cechami łączą się negatywne myśli, wypieramy je ze świadomości. W końcu po co mamy się nimi zadręczać?

I wszystko byłoby w porządku, gdyby nie inni ludzie. Wystawienie się na publiczny widok (nawet życie w małej, lokalnej społeczności) sprawia, że mimochodem te tłumione myśli powracają i powodują w nas szereg różnych reakcji, raczej niezbyt miłych. Porównujemy się do innych i krytycznie stwierdzamy, że odstajemy. Pojawiają się obawy przed negatywną oceną, niepewność, niepokój, trudność w odnalezieniu się w grupie, bo przecież do niej nie pasujemy… Myślimy, że jesteśmy gorsze. Że być może nie zasługujemy na szczęście. Chyba właśnie tak czuła się Jenna…

Czy ja mam jakieś kompleksy?

Hm… Na pewno kiedyś miałam ich wiele. Koncentrowały się głównie na wyglądzie: byłam brzydka, miałam za krótkie i za grube nogi oraz zbyt odstające uszy, krzywe zęby i pryszcze. Do tego dochodziły kwestie związane z umiejętnościami: pragnęłam pięknie śpiewać, ale mi nie wychodziło (naprawdę, nie ma w tu ani grama kokieterii). Chciałam być gibka i szybka jak inne dziewczyny w szkole, ale zawsze zasilałam szeregi sportowych przeciętniaków.

Jednak czas przeszły użyty powyżej jest jak najbardziej adekwatny, ponieważ dziś nie mam już żadnych kompleksów. Nogi wcale mi się nie wydłużyły i nie odkryłam nagle talentu wokalnego. Nie przeszłam też żadnej terapii. Skoro udało mi się skutecznie pożegnać swoje kompleksy, zaczęłam analizować krok po kroku, jak do tego doszło. Podkreślam, że nie jestem psychologiem ani innym coachem, więc moje refleksje na ten temat być może nie znajdą pokrycia w naukowych tezach. Są po prostu moje.

Dlaczego mi na tym zależy?

Niestety, często krzywdzimy się same. Mamy wygórowane ambicje i oczekiwania względem siebie. Pragniemy rzeczy niemożliwych. Kiedy z góry jest to niewykonalne i spisane na straty, powoduje frustrację, przygnębienie i poczucie bycia nieudacznikiem. Zaczynamy błędnie utożsamiać sukces z tym, czego nie udało nam się osiągnąć, a to oznacza, że przecież poniosłyśmy porażkę… Tak bardzo się na tym fiksujemy, że nie potrafimy w pełni korzystać z radości życia. No bo przecież te wakacje na Bali były najcudowniejsze, gdyby nie ten duży krzywy nos, który psuje wszystkie zdjęcia…

Dlaczego przeszkadzało mi to, że nie potrafię śpiewać? Bo chciałam widzieć się na scenie, pięknie ubraną i płynącą w takt muzyki, chciałam być słuchaną przez publiczność, podziwianą i oklaskiwaną. Bo kobiety, które podziwiałam, pięknie śpiewały. Mówiąc pokrótce, utożsamiałam kobiecość z pięknym śpiewem. Skoro nie potrafię śpiewać, nie jestem fajną kobietą… Próbowałam więc zaklinać rzeczywistość. W szkole udało mi się wkręcić do chóru, a podczas jakiegoś występu miałam możliwość solowej kwestii. Gdy ćwiczyłam to z panią od muzyki, jako tako trafiałam w dźwięki. Jednak w dniu przedstawienia zjadła mnie trema, kompletnie przestałam słyszeć pianino i zaczęłam wyć do mikrofonu niemiłosiernie. Z pomocą przybiegła na scenę koleżanka i próbowała ratować sytuację. Kompromitacja na całego! Wtedy obiecałam sobie, że nigdy w życiu nie zafunduję już sobie takiej atrakcji.

Zastanawiałam się potem, dlaczego nauczycielka śpiewu nie odwiodła mnie od pomysłu występu. Być może właśnie nie chciała wpędzać mnie w kompleksy…?

Dotarło do mnie, jak bardzo głupie i zgubne jest moje myślenie. Zamiast skupiać się na umiejętnościach i talentach, które faktycznie mam, czepiam się tego, czego mi brakuje. To bezsensowne marnowanie energii, którą mogę spożytkować bardziej produktywnie. Zaczęłam brać udział w konkursach recytatorskich i krasomówczych. Miałam swoją publiczność, wychodziłam na scenę i okazywało się, że świetnie mi idzie, faktycznie jestem doceniana i wyróżniana.

Kompleksy na bezludnej wyspie

A dlaczego miałam kompleksy na punkcie swojego wyglądu? Skąd pomysł, że moje nogi są za grube i za krótkie? Jakie nogi są w porządku? Jest w ogóle jakiś standard?

Niechęć do własnych nóg wynikała z tego, że sama porównywałam się z innymi dziewczynami. Zamiast zaakceptować fakt, że właśnie taką mam budowę ciała, na siłę próbowałam zmienić naturę. Wpadałam na „genialne” pomysły przechodzenia na diety odchudzające, które brak umiaru z góry skazywał na porażkę. Owszem, chudłam, ale w talii, biuście, ramionach. A nogi – nawet jeśli odrobinę straciły – nadal pozostawały zbyt masywne w stosunku do całości. To było błędne koło. Wszyscy zachwycali się moją szczupłą figurą, a ja nie potrafiłam tego dostrzec i się tym cieszyć…

Gdy teraz o tym myślę, z perspektywy pięciu, dziesięciu lat, uzmysławiam sobie, że za takim krytycznym stosunkiem do swojego ciała stało błędne przeświadczenie, że jestem oceniana przez innych oraz nieustannie porównywana. Czy to oznacza, że gdyby nie otaczające mnie osoby, moje kompleksy by nie istniały?

Wyobraźmy sobie, że nagle udajemy się na bezludną wyspę. Czy tam istotne stają się nasze zbyt masywne uda czy za mały biust albo krzywy nos? No właśnie… To oznacza, że kompleksy (przynajmniej ich znaczna część) pojawiają się w kontekście innych ludzi. A skoro tak, to zawsze warto odpowiedzieć sobie na pytanie, czy ci ludzie są dla mnie tak ważni, żebym przez nich rujnowała własne samopoczucie? Czy ich ewentualna ocena powinna mieć dla mnie jakiekolwiek znaczenie?

Moje kompleksy nie są pępkiem świata

Po pierwsze, ludzie nie zwracają na nas aż tak dużej uwagi, jak nam się wydaje. Nie ma sensu więc myśleć tak egocentrycznie 🙂 Same wyolbrzymiamy pewne cechy i wydaje nam się, że absolutnie wszyscy dookoła widzą najpierw odstające uszy, a dopiero potem mnie. W rzeczywistości jest jednak odwrotnie.

Po drugie, to co nam wydaje się wadą i na punkcie czego mamy kompleksy, dla innych może być zaletą lub czymś zupełnie neutralnym. Pewne cechy są tak względne, że trudno jednoznacznie zakwalifikować je jako plus lub minus. Osoby mające mocno kręcone włosy, marzą często o prostych i nie cierpią tego, czym obdarzyła je natura. Z kolei ktoś, kto ma cienkie proste włosy, niepodatne na żadne fale, przynajmniej raz w życiu szczerze ich nienawidził i pragnął puszystych loków. Podobnie jest ze wzrostem. Niskie osoby często chcą być wyższe, wysokie – wolałyby być niższe, bardziej filigranowe…

I po trzecie, nawet jeśli ludzie skupiają się na naszych wadach, to czy w związku z tym są na tyle wartościowi, że chcemy spędzać z nimi czas? Jeśli mężczyźnie, który wpadł mi w oko, tak bardzo przeszkadza mój krzywy nos, że nie jest w stanie skupić się na rozmowie ze mną, po prostu nie jest mnie wart. Przecież jestem czymś więcej niż tylko krzywym nosem.

Okiełznać kompleksy

Co realnie można zmienić?

Jeśli coś bardzo nam przeszkadza, a jest możliwe do zmiany, warto spróbować to zmienić. Miałam krzywe zęby, przez trzy lata nosiłam aparat ortodontyczny i teraz mam satysfakcjonujący mnie uśmiech (o to co prawda zadbała mama, ale gdyby tego nie zrobiła, dziś z pewnością sama wzięłabym sprawy w swoje ręce). Jeśli mamy kompleksy na punkcie słabej znajomości języka obcego, po prostu zacznijmy się uczyć. Szczera analiza i realna ocena sytuacji, pozbawiona negatywnych emocji, pozwoli nam wykorzystać kompleksy do pracy nad sobą i do rozwoju.

A jeśli czegoś nie da się zmienić?

To po prostu się nie da. I koniec tematu. Nie ma sensu dalej skupiać się na czymś, na co nie mamy wpływu. Lepiej znaleźć sobie nowy obiekt zainteresowań.

Poza tym znów warto poddać kompleksy szczerej ocenie. Okazuje się na przykład, że moje uszy wcale nie są odstające. Nie wiem dlaczego kiedyś tak sobie ubzdurałam. Są w porządku. A ja dawniej, po przyjściu ze szkoły do domu, wiązałam na głowie ciasne chustki lub nosiłam opaski w nadziei, że dzięki temu uszy zaczną bardziej przylegać do głowy. Cóż, może takie głupie myśli przychodziły ze względu na niedostateczny przepływ krwi do mózgu…? 😉

Porównaniom mówimy stanowcze NIE

Skupiam się na sobie, nie na innych. Unikam porównań, bo nie wychodzi z nich nic dobrego, za to pojawia się niezdrowa rywalizacja, uczucie zazdrości i pogłębienie kompleksów. Należy przyjąć do wiadomości, że każda z nas jest inna. Nie lepsza, nie gorsza, po prostu inna. Przecież zawsze znajdzie się ktoś, kto ma dłuższe nogi, większy biust czy mniejszy cellulit od nas, kto będzie piękniej śpiewał albo lepiej gotował…

Lęk przed porażkami

Każda porażka oznacza, że podjęłyśmy działanie i przynajmniej próbowałyśmy coś zrobić. Z każdej można wynieść lekcję. Brak porażki wcale nie jest jednoznaczny z sukcesem. Może oznaczać po prostu bierność, wycofanie się. Bardzo często to właśnie kompleksy nas blokują, bo sprawiają, że nie wierzymy w siebie dostatecznie.

Dziś nie boję się podejmować nowych wyzwań. Analizuję plusy i minusy oraz myślę sobie: „No i co takiego się stanie, jeśli nie wyjdzie? Świat się skończy? A jeśli nie spróbuję, to na pewno nie wyjdzie”. Nie obawiam się ośmieszenia, bo tylko ktoś, kto nic nie robi, nie popełnia błędów.

Krytyka a kompleksy

Łatwo powiedzieć: nie przejmuj się krytyką. Wiadomo, że konstruktywna krytyka może być pomocna, ale to trzeba umieć robić – zarówno krytykować, jak i tę krytykę przyjmować. Gdy jesteśmy krytykowane, a brak nam pewności siebie, kompleksy puchną. Wcześniej pisałam, że nie warto myśleć egocentrycznie. Tu jednak jest pewien wyjątek od reguły. Myślmy o tym, by zadowolić siebie, a nie ludzi dookoła, bo i tak nie uda nam się spełnić wszystkich oczekiwań.

Warto pamiętać, że każdy ma inny pomysł na życie i inną wizję tego, co jest słuszne. Ale nikt nie ma monopolu na uniwersalność. Jeśli na przykład dla kogoś macierzyństwo jest sensem istnienia, a ktoś inny nie przepada za dziećmi i nie widzi się w roli rodzica, to kto ma rację? Który sposób życia jest lepszy? Nie ma jednoznacznej odpowiedzi, bo wszystko zależy od indywidualnych cech i preferencji. Nie można dać sobie wmówić, że jeśli nie wpasowujemy się w czyjąś wizję, to jesteśmy gorsze czy mniej wartościowe lub że coś tracimy. Nikt nie weźmie za nas odpowiedzialności za nasze decyzje, więc nie ma prawa mówić nam, co jest dla nas lepsze i krytykować naszych wyborów.

Nie ma ideałów

Im szybciej pogodzimy się z tym faktem oraz im szybciej pozbędziemy się destrukcyjnego dążenia do perfekcji, tym lepiej. Tak jak w pracy „zrobione jest lepsze od perfekcyjnego”, podobnie jest w życiu.

Rafael Santi „Trzy Gracje”: po lewej w oryginale, po prawej – odchudzone

Mam kompleksy na punkcie swojej figury? Jeśli jestem niska, nigdy już nie będę wysoką i idealną modelką (zgodnie ze współczesnym kanonem „piękna”). Obsesyjne dążenie do perfekcji i próba zmiany tego, czego nie da się zmienić sprawiają, że nie dostrzegamy innych pozytywnych zmian oraz naszych INDYWIDUALNYCH cech. Zarzynanie się katorżniczymi ćwiczeniami odbiera radość życia, bo i tak podświadomie wiemy, że nie osiągniemy narzuconej sobie perfekcji.

Moje regularne ćwiczenia nie sprawiły, że nogi mi się wydłużyły. Jednak dostrzegłam powolne zmiany: delikatnie zarysowane mięśnie, bardziej zwarte, sprężyste ciało, więcej energii. Pozbyłam się więc kompleksu niedoskonałych nóg i teraz cieszę się z tego, że jestem zadbana.

***

Życie jest zdecydowanie za krótkie, żeby marnować je na niezadowolenie z siebie i kompleksy. Nie sądzę, aby na łożu śmierci obchodziły mnie moje nogi, uszy, zęby, nieumiejętność śpiewu czy fakt, że nie zostałam mistrzynią olimpijską, bo nie miałam ku temu predyspozycji…

Skoro wiemy, że często nasze poczucie własnej wartości i kompleksy uzależnione są od innych, to czy przypadkiem same swoim zachowaniem czy bezmyślnymi, z pozoru neutralnymi komentarzami, nie wyrządzamy komuś krzywdy? Czy gdyby Jenna Kutcher żyła ze swoim mężem na bezludnej wyspie, zastanawiałaby się w ogóle nad tym, że jest „za gruba i nie zasługuje na tak przystojnego męża”? No właśnie…

Ktoś, kto swoim zachowaniem próbuje wpędzać nas w kompleksy, bardzo często sam jest zakompleksiony oraz niedowartościowany. Zwracanie uwagi na czyjeś „wady”, powoduje wypieranie swoich niedostatków. Warto o tym pomyśleć, zanim zaczniemy się przejmować cudzymi opiniami czy komentarzami. Człowiek prawdziwie szczęśliwy i znający swoją wartość robi wszystko, by ludzie dookoła niego czuli się równie dobrze. Nie musi udowadniać sobie, że jest od kogoś lepszy. I właśnie to świadczy o prawdziwej klasie.

 

Tagged , , , ,