Savoir-vivre

Dobre maniery… w kościele

Zbliżające się święta wielkanocne to świetna okazja do poruszenia tematu zachowania w kościele. Nie jestem misjonarzem i nikogo nie zamierzam tutaj nawracać, zresztą mnie samej przydałby się jakiś dobry ekspert od wiary i religii. Im jestem starsza, tym więcej pytań i wątpliwości pojawia się w głowie. Jednak nie w tym rzecz. Z moich wieloletnich obserwacji wynika, że w czasie świąt (czy to Wielkanocy, czy Bożego Narodzenia) kościoły wypełniają się „gośćmi”, czy może raczej „dwuroczniakami”. Wiele osób wychowanych w wierze katolickiej niekoniecznie w dorosłym życiu na co dzień tę wiarę praktykuje. Zjawisko to jest bardzo powszechne. Jednak w obliczu świątecznego czasu, spędzanego z rodziną, idą do kościoła z przeróżnych powodów: „bo tak wypada”, „dla towarzystwa”, „dla świętego spokoju”…

Niezależnie od motywacji, w kościele obowiązują pewne zasady zachowania. Trzeba je znać i z szacunku dla wiernych – dostosować się do nich. To trochę tak, jakbyśmy wybierały się do meczetu. Nawet niewierzący przed wejściem muszą zdjąć buty. Kobiety, oprócz czystego, schludnego i luźnego stroju (nie może opinać i podkreślać kształtów ciała), powinny zakryć głowę hidżabem. Domyślam się, że żadna z nas nie polemizowałaby z tymi zasadami podczas zagranicznej wycieczki do muzułmańskiego kraju…

Jak zatem wypada zachowywać się w kościele rzymskokatolickim?

Bez przesady w żadną stronę

Ogólną zasadą jest umiar (to kolejny przykład na uniwersalność umiaru). Przesada w gestach nie jest wskazana. Do kościoła przychodzimy na spotkanie z Bogiem, a nie w celach prezentacji głębokości i prawdziwości naszej wiary. Bicie pokłonów, padanie na kolana w nieodpowiednich momentach, walenie się pięścią w pierś czy leżenie krzyżem i ogólnie robienie wszystkiego na pokaz jest zbędne. To wcale nie oznacza, że wierzymy „lepiej”. Z drugiej strony nie można przesadzać z lekceważeniem wszystkich gestów i zupełnym unikaniem ekspresji. Jeśli wszyscy wierni klękają w najistotniejszym momencie mszy, osoby niewierzące nie powinny w tym czasie ostentacyjnie stać.

Przykładem obrazującym umiar jest wykonywanie charakterystycznego dla katolików znaku krzyża. Robimy to nie na pokaz, bez zamaszystości, ale też nie tak, jakbyśmy przeganiały muchę. Chodzi o pewną staranność. Nie wykonujemy też dodatkowych gestów w stylu przykładania do ust palców (serio chcemy posłać Jezusowi buziaczka?) czy nie bijemy się w pierś (to ma zupełnie inne znaczenie). Jeśli więc decydujemy się na wykonanie znaku krzyża, to nie wypaczamy tego gestu.

Zanurzyć rękę w wodzie czy nie?

Czym jest woda święcona? Dla niewierzących to zwykłe H2O. Osoby wierzące uznają natomiast jej moc uświęcania człowieka. Przy wejściu do kościołów zazwyczaj umieszczona jest misa, w którym znajduje się woda święcona. Moczymy w niej koniuszki palców prawej ręki i wykonujemy nią znak krzyża. Nie zanurzamy całej dłoni i uważamy, żeby nie zachlapać podłogi.

Dla osób niewierzących jest to bez znaczenia, więc mogą pominąć ten krok. Z kolei gdy wychodzimy z kościoła, nie zanurzamy ponownie dłoni w wodzie. Byłoby to nielogiczne i trochę bezcelowe, zważywszy że gest ten ma „obmyć nas z grzechu”, by wejść do świątyni „czystym”…

Pozycje w kościele

To zależy od momentu mszy. Po wejściu klękamy na prawe kolano, ale znów bez przesady w żadną stronę – to nie ma być ostentacyjne bicie pokłonów, ale też nie kucnięcie. Wyjątkiem, kiedy tego nie robimy, jest puste tabernakulum. To miejsce jest sercem kościoła, z reguły zlokalizowanym w pobliżu ołtarza. W nim znajduje się hostia. Jeśli zaś nad nim nie pali się „wieczna lampka”, czyli takie czerwone światełko oznaczające obecność chleba eucharystycznego w środku, nie mamy przed czym klękać.

No dobrze, weszłyśmy do kościoła, więc czas zająć jakieś miejsce. Idziemy spokojnym krokiem, nie rozglądamy się na boki – to nie jest czas na lustrację obecności znajomych. Jeśli jednak nasz wzrok spotka się ze wzrokiem znajomego, dyskretne skinienie głowy i bezdźwięcznie wypowiedziane „dzień dobry” wystarczą. Nie pytamy o zdrowie i o plany na popołudnie 🙂

Przed wejściem do ławki nie klękamy ponownie, nie powtarzamy gestów, które uczyniłyśmy po przekroczeniu progu kościoła. W sytuacji oczekiwania na rozpoczęcie nabożeństwa, a także podczas słuchania niektórych fragmentów mszy – siedzimy. Pamiętajmy jednak, że w tym przypadku to pozycja skupienia, a nie relaksu, natomiast ławka kościelna nie jest kanapą przed telewizorem. Trzymamy więc prostą postawę, nie zakładamy też nonszalancko nogi na nogę.

Pozycja stojąca to oznaka szacunku, który w istotnych momentach wierzący wrażają Bogu, a niewierzący – szanują uczucia wierzących. Nie przestępujemy z nogi na nogę, nie kiwamy się i nie wiercimy.

Jest również kilka momentów, podczas których wszyscy klęczą. Dawniej chłopi klękali na dwa kolana, a szlachta – by się wyróżnić i pokazać swoją wyższość – na jedno. Wiemy jednak, że w kościele nie ma lepszych i gorszych, wszyscy więc z szacunku dla Boga klękają na dwa kolana. Nie kucamy zatem i nie przysiadamy na piętach.

Każdy robi to inaczej, czyli jak zachować się w kulminacyjnym momencie

Zgodnie z wiarą katolików, w pewnym momencie chleb i wino przeistaczają się w ciało i krew Jezusa. To kulminacyjny punkt całej mszy. Ministranci dają sygnał dzwonkami, kiedy należy uklęknąć. Natomiast gdy ksiądz podnosi do góry chleb i kielich z winem, słyszymy gong.

I tu dopiero zaczynają się rozbieżności! Jedni biją się w piersi, inni żegnają, jeszcze inni coś szepczą, a kolejni biją pokłony lub patrzą zawzięcie w podłogę. Otóż według fachowej literatury po prostu klęczymy i patrzymy w kierunku ołtarza, a bezpośrednio po przeistoczeniu wstajemy.

Przekazywanie znaku pokoju

Po haśle wypowiedzianym przez księdza: „Przekażcie sobie znak pokoju” – przekazujemy sobie znak pokoju 🙂 Wiele osób odpowiada „pokój nam wszystkim”, jednak zgodnie z zasadami ma to być osobiste, nie zaś rzucone w przestrzeń ogólne pojednanie. W związku z tym kierujemy swoją uwagę do osób obok, znajdujących się blisko i do każdej z osobna mówimy „pokój z Tobą”.

W zależności od zwyczajów panujących w konkretnych kościołach, podajemy dłoń lub ograniczamy się do skinięcia głową. Jeśli nie mamy pewności, nie wyrywajmy się pierwsze, tylko obserwujmy zachowanie tubylców. A nawet jeśli podamy komuś rękę, choć inni w kościele tego nie robią, nie stanie się nic złego. Pamiętajmy jednak, by nie wychylać się nienaturalnie i nie przybierać przy tym akrobatycznych pozycji.

A co z rękawiczkami? Panowie mają jasną sprawę: zawsze zdejmują. Panie teoretycznie – tak jak przy powitaniu – nie muszą, ale zawsze oznaką szacunku w tej sytuacji będzie jednak zdjęcie rękawiczki. Korona nam z głowy nie spadnie 🙂

Przystępowanie do komunii

W każdej parafii może być inny sposób przyjmowania komunii. U moich rodziców idzie się w dwóch rzędach w kierunku ołtarza, przyjmuje się komunię na stojąco i odchodzi. U moich teściów niektórzy klękają, a potem wstają, by ksiądz się do nich nie schylał. U nas z kolei ludzie po prostu podchodzą do ołtarza na całej długości, klękają na schodku, a ksiądz robi rundy od lewej do prawej. Jeśli nie wyrwiemy się pierwsze, łatwo zaobserwujemy zwyczaj obowiązujący w kościele i się po prostu do niego dostosujemy.

Przeważnie przyjmuje się komunię bezpośrednio do ust, jednak można spotkać się z podaniem jej na dłonie. Wówczas nie odchodzimy z nią, tylko na oczach księdza spożywamy, ze starannością, by nic nie spadło na ziemię.

Strój obowiązujący w kościele

Skoro „dzień święty należy święcić”, to i wypada na tę okazję odświętnie się ubrać. Pamiętajmy jednak, żeby nie naruszać powagi miejsca (dla niektórych przecież świętego). Nie bądźmy też próżne, bo to nie wybieg i pokaz mody czy okazja do najlepszego zaprezentowania się sąsiadkom.

Zasłaniamy ramiona, a najkrótsza spódnica kończy się tuż przed kolanem. Nie ubieramy prześwitujących bluzeczek czy strojów, które obiektywnie uchodzą za ponętne oraz bardzo seksowne. Ma być elegancko, skromnie, godnie.

Podobnie jak do teatru, nie weźmiemy ze sobą do kościoła przepastnej torby, raczej zdecydujemy się na małą torebkę. W końcu potrzebne nam będą klucze od domu, portfel, chusteczki…

Jeśli nasze buty na obcasach wydają w kontakcie z kościelną posadzą głośny stukot, odbijający się echem w murach, staramy się chodzić delikatnie, by nie powodować hałasu i nie zwracać na siebie uwagi.

Dzieci (i ich rodzice) w kościele

Dzieci bywają niesforne. O ile pojedynczy incydent jest zrozumiały i wybaczalny, o tyle dokazywanie przez całą mszę – już nie. Rodzice po pierwsze muszą mieć na uwadze innych uczestników, po drugie – skoro są zaabsorbowani dzieckiem, czy naprawdę uczestniczą we mszy w pełni świadomie i mogą skupić się na tym, co się tu odbywa? Jeśli odpowiedź brzmi „nie”, należy rozważyć zabieranie do kościoła dzieci, które jeszcze nie są na to gotowe.

A co jeśli rodzice w ogóle nie zwracają uwagi na dzieci? Kościół to nie plac zabaw. Tylko że dzieci nie są tu niczemu winne. One zachowują się tak, jak pozwalają im na to dorośli. Mam głęboką nadzieję, że po zakończonej mszy, rodzic mądrze, spokojnie i przekonująco uświadomi dziecku, że jego zachowanie było niewłaściwe oraz pokaże mu, jak należy się postępować. Krzyki i pretensje naprawdę nie zdziałają cudu…

Są rodzice, którzy radzą sobie świetnie. Jeśli jednak nie mają pewności, że dziecko wytrzyma, wymieniają się i nie przyprowadzają go na mszę. A gdy zdecydują się na wspólne wyjście na mszę, to wybierają miejsca blisko wyjścia. Unikają długich nabożeństw, raczej wybierają msze dedykowane dzieciom. Pilnują pociech, by nie narobiły szkody.

Jeśli mamy taką potrzebę i wychowujemy dzieci w wierze, to pamiętajmy, że wychowanie w wierze nie oznacza wyłącznie przyprowadzania niegrzecznego dziecka co tydzień na mszę i denerwowania się na nie, że nie potrafi się zachować. Ono po prostu bardzo się nudzi, bo nie rozumie, co się tak naprawdę tutaj odbywa…

Zbieranie w kościele pieniędzy na tacę

To temat budzący wiele kontrowersji. Pieniądze z tacy przeznaczane są między innymi na utrzymanie kościoła, na opłacenie prądu, sprzątanie, wynagrodzenie organisty, zakup niezbędnych akcesoriów czy dekoracji. Komentowanie „obławiania” się księży jest w złym guście. Nie twierdzę wcale, że nie ma duchownych łasych na pieniądze, o nie! To jednak ich sprawa i ich sumienia…

Tak jak w gości przychodzimy z drobnym podarunkiem dla gospodarzy w podziękowaniu za ich trud włożony w przygotowanie przyjęcia, tak w kościele zostawiamy pewną sumę (według uznania, ale raczej powstrzymajmy się przed wsypywaniem na tacę garści miedziaków z portfela). Liczy się intencja ofiarodawcy. Jeśli robimy to z myślą, że przecież w końcu światło się pali, organista gra, są świeże kwiaty przy ołtarzu, a podłoga jest czysta i możemy uklęknąć bez obawy, że ubrudzimy spodnie, wszystko jest w porządku. Naprawdę nie ma sensu zastanawiać się przy tym, czy proboszcz przypadkiem nie zbiera na nowy samochód z salonu. My mamy czyste sumienie i poczucie wypełnienia wspólnotowego obowiązku.

Inne zasady obowiązujące w kościele

Nie jemy i nie pijemy. Dotyczy to nawet bardzo dyskretnego żucia gumy czy ssania miętówki dla odświeżenia oddechu 😉

Nie rozmawiamy. Podczas mszy właściwie nie ma wyjątków od tej reguły, a jeśli akurat nie ma żadnego nabożeństwa, ograniczamy się do niezbędnych komunikatów dotyczących powodu naszej wizyty. Na koleżeńskie pogaduchy umawiamy się później. Kawiarnia jest bardziej sprzyjającym miejscem do podtrzymywania relacji towarzyskich.

Nie spóźniamy się i nie wychodzimy przed zakończeniem. Tu obowiązują zasady trochę jak w teatrze, więc nie ma mowy o akademickim kwadransie. Nieładnie jest również wychodzić z przedstawienia, kiedy aktorzy są jeszcze na scenie, wobec tego dlaczego niektórzy wymykają się, gdy ksiądz jeszcze nie opuścił okolic ołtarza i nie poszedł do zakrystii…?

Wyłączamy telefon. Bezwzględnie. A najlepiej zostawić go w domu. Nawet jeśli ktoś będzie próbował się do nas dodzwonić, to i tak podczas mszy nie odbierzemy. Po co więc peszyć siebie wibrującą torebką podczas przeistoczenia i rozpraszać tym samym innych?

Spokój i pokora – tym powinno się charakteryzować nasze zachowanie. Także wówczas, gdy stoimy w kolejce do spowiedzi, a ktoś akurat się wpycha przed nas. To nie jest miejsce na robienie awantur i udowadnianie racji. Nie walczmy też brutalnie o miejsce w ławce. Potraktujmy to lepiej jako test naszej cierpliwości, może akurat jesteśmy wystawiane na próbę 😉

Nie podsłuchujemy. Stajemy w takiej odległości od konfesjonałów, by nawet przypadkiem nie słyszeć spowiedzi innych. Miejmy na uwadze, że osoby niedosłyszące siłą rzeczy mówią głośniej. Uszanujmy tajemnicę i dyskrecję spowiedzi.

Kadzidło to symbol modlitwy, która jak dym unosi się w górę. Ma też znaczenie oczyszczające. Podobno jego stosowanie podczas uroczystości miało jeszcze jedno bardziej przyziemne zastosowanie: dawniej z higieną bywało różnie i w skupiskach niwelowano w ten sposób nieprzyjemny zapach. Ja źle reaguję na ten dym (nie potrafię zapanować nad kaszlem). Dlatego zawsze siadam z dala od kadzidła.

A co w sytuacji, gdy bardzo chce nam się śmiać?

Jedynym wyjściem jest… wyjście. Jeśli nie potrafimy zapanować nad emocjami, a chęć wybuchnięcia śmiechem jest nieposkromiona (taka głupawka może zdarzyć się każdemu!), po prostu czym prędzej dyskretnie wychodzimy, by na zewnątrz się uspokoić.

Podobnie jest w przypadku napadu kaszlu. Kiedy wiemy, że jesteśmy trochę podziębione (bo chore raczej do kościoła nie chodzimy, by między innymi nie zarażać innych) i pokasłujemy, wybierzmy miejsce w kościele blisko wyjścia, tak by w razie nagłej potrzeby nie musieć biec główną nawą aż spod ołtarza.

Chodzi w tym wszystkim po prostu o nieprzeszkadzanie innym uczestnikom i o niezakłócanie nabożeństwa.

***

Podsumowując: jeśli nie wiemy, jak się zachować w kościele, przede wszystkim ze spokojem, pokorą i dyskrecją obserwujmy, a potem mądrze naśladujmy innych. To zawsze najbezpieczniejsze wyjście.

Kultura osobista i szacunek są w przypadku tak delikatnej sprawy jak wiara i religia szczególnie istotne. Nieważne, czy chodzi o buddyjskiego mnicha, muzułmanina, ortodoksyjnego żyda czy katoliczkę w stereotypowym, charakterystycznym berecie. Kpienie, lekceważenie czy szydzenie z cudzej wiary jest oznaką prostactwa i kompletnego braku klasy, nie zaś wyższości nad „ciemnym ludem”, jak często twierdzą osoby, które nie potrafią powstrzymać się przed takim zachowaniem. Miejmy to na uwadze i gdy ktoś przy nas zacznie dyskusję w tym tonie, nie wdawajmy się w nią. Bądźmy ponad to.

Tymczasem spokojnych Świąt z klasą 😉


PS Tak jak wspominałam na początku, nie jestem ekspertką w kościelnych tematach, dlatego też swoją wiedzę uzupełniłam i sprawdziłam w dwóch książkach:

Wojciech Jaroń „Katolicki savoir-vivre, czyli czego nie wiesz o zachowani w kościele” i Jean de la Maison jr. „Odrobina dobrych manier nawet w kościele nie zaszkodzi”.

Tagged , , , ,