Inspiracje

Polecam, bo warto… #4

Początek marca stał u nas pod znakiem wyjść do kina. Kiedy większość widzów wybierała „Nowe oblicze Greya” czy „Kobiety mafii”, my tradycyjnie chodziliśmy na mniej oblegane seanse. Lubię, gdy kino nie jest pełne, bo płacę za to, by obejrzeć film, a nie za masowe rozpraszacze w postaci chrupiących nachos i odgłosów picia coli przez słomkę. Wybrałam z tych wyjść jeden film (na pewno nie najlepszy, jaki w życiu widziałam, ale skłaniający do ważnej refleksji) i właśnie nim chcę się dziś podzielić. Do tego oczywiście dwie książki, skrajnie różne, ale obie warte przeczytania. W marcu oglądałam też cudowny serial. Rozpływam się nad nim cały czas, więc nie przedłużając, przejdźmy do rzeczy. Polecam, bo warto…

…PRZECZYTAĆ

„Vogue. Za kulisami świata mody” Kirstie Clements

To kolejna przypadkowa zdobycz z biblioteki. Gdy ją wypożyczałam, nie sądziłam, że się tutaj znajdzie. Nie jestem szczególnie na bieżąco z modą, a gdy przeglądam artykuły o trendach, wyłapuję najwyżej jeden, który mi się podoba (przeważnie ocierający się o klasykę) i zazwyczaj okazuje się, że już coś podobnego mam w szafie. Jeśli natomiast coś wychodzi z mody, a mnie nadal pasuje, noszę dalej i nie przejmuję się obowiązującymi trendami.

Pomyślałam więc, że ta książka jest raczej dla maniaczek mody, nie dla mnie (nie kupiłam sobie nawet pierwszego polskiego wydania „Vogue’a”). I właśnie być może dlatego, że nie miałam co do tej pozycji jakichś wygórowanych oczekiwań, tak bardzo pozytywnie mnie zaskoczyła.

To przede wszystkim historia zdeterminowanej dziewczyny, która zaczynała swoją karierę w recepcji australijskiej redakcji magazynu „Vogue”. Tak bardzo pragnęła się rozwijać i tak bardzo była świadoma swojego potencjału, że po kilkunastu latach objęła stanowisko redaktor naczelnej! Nie miała łatwego zadania, bo gdy przejmowała stery, pismo było na skraju przepaści.

Oprócz podróży po świecie mody, znalazłam tu mnóstwo ciekawostek związanych z pracą naczelnej: co to znaczy „dobra okładka”, jak budować zespół, ile wolnej ręki dawać swoim pracownikom. Można w tej książce poczuć klimat, jaki panował w redakcji, jaką atmosferę elegancji i szyku kreowano, gdyż tylko w takim miejscu może powstawać eleganckie i szykowne pismo. Najlepiej oddaje to poniższy cytat:

„Kiedyś podczas naszego poniedziałkowego porannego zebrania poświęciliśmy dobry kwadrans na uzgodnienie, którą zastawę stołową Royal Doulton powinniśmy zamówić do sali konferencyjnej. Jestem pewna, że dziś działy finansowe kręciłyby na coś takiego nosem. Takie detale mają jednak znaczenie, kiedy tworzy się kulturę Vogue’a, bo to właśnie ją sprzedajemy. Grubość firmowego papieru, kwiaty na kontuarze w recepcji, odręcznie pisane liściki z podziękowaniem, serwetki, firmowe kartki świąteczne, maniery – wszystko to są integralne części DNA marki, które sprawia, że każemy sobie słono płacić za stronę reklamy”.

Odniosłam jednak wrażenie, że z opisów kolejnych spotkań ze światowymi sławami: aktorami, projektantami, księżną…; oprócz dumy i pokory (australijska naczelna nie przypominała w niczym wyniosłej Anny Wintour), bije także świadomość prowincjonalności australijskiej edycji „Vogue’a”…

„Człowiek w poszukiwaniu sensu” Viktor E. Frankl

To bez wątpienia jedna z ważniejszych książek, jakie ostatnio przeczytałam. Znowu czysty przypadek sprawił, że w ogóle się o niej dowiedziałam – otóż polecała ją na końcu „Dobrych manier dla miłych ludzi, którzy czasem mówią k***a” Amy Alkon. Z pełną świadomością, bez zbędnej przesady, mogę stwierdzić, że ta książka – mała i niepozorna – zmieniła moje postrzeganie życia.

Podkreślę, że nie przepadam za psychologicznymi poradnikami, które rzekomo mają powiedzieć „jak żyć”, „jak być szczęśliwą”, „jak mieć udany związek” itp. Gdybym więc nie znała kontekstu napisania tej książki, tytuł „Człowiek w poszukiwaniu sensu” raczej by mnie odstraszył. Na szczęście jednak znałam kontekst!

Otóż Viktor Frankl był psychiatrą i twórcą szkoły psychoterapii o nazwie logoterapia, gdzie logos po grecku oznacza sens. Bo właśnie poszukiwanie sensu życia jest filarem tego nurtu. Nie byłoby pewnie w tym nic specjalnego, ot takie kolejne naukowe ujęcie problemów egzystencjalnych, z którymi od początku mierzy się ludzkość, gdyby nie życiowe doświadczenia autora. Frankl przez trzy lata, podczas drugiej wojny światowej, był więźniem obozów koncentracyjnych, między innymi Auschwitz. Obserwował siebie oraz pozostałych osadzonych – wszyscy znaleźli się w najpodlejszych, nieludzkich warunkach. Pomimo wielu lektur i filmów o obozach zagłady, pomimo zwiedzania Auschwitz, nadal nie umiem sobie tego wszystkiego wyobrazić! Brudny, zawszawiony, chory, permanentnie głodny, zestresowany, dręczony i odarty z wszelkiej godności człowiek może chcieć dalej żyć i może w tym odnaleźć sens swojego istnienia. Frankl pokazuje poniekąd na własnym przykładzie, jak to zrobić.

Książka, wydana tuż po wojnie, stała się światowym bestsellerem, choć zdaniem autora to akurat świadczy o poczuciu beznadziei wielu ludzi i nie jest zbyt krzepiącym zjawiskiem. Sama wciąż pozostaję pod jej wrażeniem…

…OBEJRZEĆ

„Wszystkie pieniądze świata”

„All the money in the world”, reż. Ridley Scott, 2017 r.

O okolicznościach powstania tego filmu było chyba głośniej niż o nim samym. Wszystko za sprawą Kevina Spacey’ego i głośnego skandalu, który wybuchł jesienią ubiegłego roku – aktor został oskarżony o molestowanie seksualne. Problem polegał na tym, że film „Wszystkie pieniądze świata” był już na etapie postprodukcji, a to oznacza, że wszystkie sceny zostały nakręcone i twórcy pracowali nad ich montażem, dobraniem odpowiedniej muzyki itp. Ridley Scott, reżyser, dowiedziawszy się o nowych okolicznościach, podjął decyzję o zmianie aktora grającego jedną z głównych ról. To była bezprecedensowa sprawa w Hollywood. Kevin Spacey został zamieniony na Christophera Plummera, co oznaczało konieczność nakręcenia absolutnie wszystkich scen z udziałem tego bohatera od nowa. A występuje on w wielu scenach…

Po lewej Kevin Spacey, po prawej Christopher Plummer – obaj w roli miliardera, J.P. Getty’ego

Reżyser twierdzi, że był bardzo zadowolony z gry Spacey’ego, jednak nie mógł w tej sytuacji pozwolić, aby skandal odbił się negatywnie na filmie. Niektórzy krytycy twierdzą, że film pod względem artystycznym wiele stracił, bo rola miliardera była ewidentnie pisana pod Kevina. Nie wiem, czy to prawda, trudno mi ocenić bez porównania.

Niemniej jednak film zasługuje na uwagę także ze względu na treść. Miliarder, najbogatszy człowiek świata, chory na punkcie pieniędzy, po wielu latach odnawia kontakt ze swoim synem-„nieudacznikiem”, cieszy się też ze spotkań z wnukami. Po jakimś czasie jego najstarszy wnuk zostaje porwany dla okupu. Bogaty dziadek jednak nie zamierza płacić, choć porywacze grożą chłopcu śmiercią. Synowa walczy z nieprzejednanym teściem, robi wszystko, by zdobyć pieniądze na olbrzymi okup. Ma przy tym świadomość, że dla teścia to jeden podpis na czeku… W roli matki i synowej wystąpiła świetna Michelle Williams, która po tym filmie bardzo zyskała w moich oczach.

Jest tu olbrzymie pole do refleksji: pieniądze, stosunek do nich i wszystko to, co trzeba poświęcić, by je zdobyć. Jak naprawdę wygląda życie bogacza? Teoretycznie mówi się, że dzięki pieniądzom można zyskać wolność, ale równocześnie można stać się ich niewolnikiem. Co kieruje człowiekiem, który zamiast życia ukochanego bliskiego wybiera pieniądze? Kiedy zastanawia się, jak można zapłacenie okupu odpisać od podatku?!

Pomyślałam sobie, że nie mam pewności, czy umiałabym być bogata. Przy odrobinie szczęścia, odwagi, sprytu i rozumu każdy ma szansę pomnażać pieniądze. Nie każdy jednak będzie potrafił zachować człowieczeństwo w obliczu fortuny.

„Ania, nie Anna”

„Anne with an E”, serial Netflix, 2017 r.

Na koniec istna perełka! Przyznam, że dość długo broniłam się przed tym serialem. Bałam się, że Ania, którą pamiętam z dzieciństwa i wczesnej młodości, którą wizualizowałam sobie aktorką Megan Follows z najbardziej znanej adaptacji książek o rudowłosej dziewczynie, zostanie odarta z moich cudownych młodzieńczych wspomnień i wyobrażeń. Zwłaszcza, że słyszałam różne opinie na temat nowej ekranizacji.

Gdy tylko włączyłam pierwszy odcinek, przepadłam i nie było mnie dla świata do momentu, aż nie skończyłam oglądać dostępnej serii. Nigdy w życiu nie wylałam tylu łez podczas oglądania czegokolwiek! Nigdy w życiu tak bardzo nie bolała mnie głowa od emocji i od płaczu.

Po pierwsze, to nie jest „Ania z Zielonego Wzgórza” dla dzieci. Ten serial zdecydowanie kierowany jest dla dorosłych. Pojawiają się wątki, których nie ma w książce, ale dzięki temu zostają uwypuklone lub w ogóle poruszone problemy, oszczędzone dzieciom i młodzieży w oryginalnej wersji. Na uwagę zasługuje fakt, że twórczynią nowej odsłony losów Ani jest Moira Walley-Beckett, czyli współautorka innego genialnego serialu, pełnego skrajnych emocji podanych bez tandety, czyli „Breaking bad”.

Po drugie, to jeden z nielicznych seriali, który stale utrzymuje w widzu emocje na bardzo wysokim poziomie. Każda scena, każda minuta dostarczają tak wielu wzruszeń, że naprawdę może od tego rozboleć głowa.

Po trzecie, genialnie obsadzono role. Amybeth McNulty jako Ania jest doskonała! Kupuję ją całą. Chyba nie ma na świecie drugiej dziewczyny, która wpasowałaby się tak idealnie w tę charakterystyczną, wrażliwą bohaterkę. Robert Holmes Thomson jako Mateusz Cuthbert – och, jak on mnie wzrusza! A Geraldine James jako Maryla jest dokładnym odwzorowaniem moich wyobrażeń. U Cuthbertów, zwłaszcza u Maryli, widać niesamowitą przemianę, jaka następuje po pojawieniu się w ich życiu Ani – jak bardzo ta biedna sierota wpływa na nich i jak wiele emocji wnosi. Pomyślałam nawet przez moment, że ten serial powinien być obowiązkowy dla wszystkich rodzin, które myślą o adopcji.

Poza tym serial jest wspaniale nakręcony. Świetne zdjęcia, scenografia, kostiumy. Nie jest słodko i dziewczyńsko, ale bardzo realistycznie i przez to pięknie.

We wczorajszej rozmowie poleciłam ten serial znajomej. Dziś rano dostaję od niej wiadomość:

„Ola, nie jesteś już moją koleżanką!!! Nie spałam do 2:00 w nocy, bo zanosiłam się od płaczu przez Anię z Zielonego Wzgórza. Bez przerwy wzrusza mnie ten serial. (…) I o dziwo, Ania mnie nie wkurza, niezmiennie powoduje we mnie wzruszenie i litość (…)”.

Uff, czyli nie tylko ja tak mam 🙂 Z utęsknieniem czekam na ekranizację dalszych losy!

Tagged , , , , ,