Refleksje, Umysł

Umiar – dobry przyjaciel kobiety z klasą

„Wszystko albo nic”. „Lepiej być gorącym lub zimnym, aniżeli letnim”. „Jeśli się angażować, to maksymalnie, jeśli odpuszczać – to zupełnie”. Popadanie w skrajności w żadnym wypadku nie jest mi obce. Jednak metodą prób i błędów doszłam do wniosku, że taka postawa sprawdza się tylko w nielicznych, naprawdę ważnych (i często ekstremalnych) sytuacjach. Wciąż zdarza mi się rzucić na głęboką wodę, jeśli sprawa jest tego godna, ale już wiem, że w codziennym życiu najlepszą wskazówką i kompasem jest umiar. Pozwala on zachować niezbędną równowagę, a jak zapewne wiecie, moim zdaniem to właśnie równowaga jest kluczowa dla kobiety z klasą.

Umiar jest także bardzo uniwersalny, sprawdza się dosłownie na każdym polu. Zobaczcie:

Umiar w jedzeniu i piciu

Zanim uporządkowałam sferę żywienia, popadałam tu w straszne skrajności. Po okresach luzowania szelek i totalnego objadania się, przychodził czas na restrykcyjne diety. Choć nie byłam nigdy zwolenniczką diet tematycznych (żaden Dukan czy Kwaśniewski nie przekonał mnie, że warto jeść samo białko albo sam tłuszcz), to jednak zawzięcie liczyłam kalorie. Nie byłoby niczego złego w kontrolowaniu ilości spożywanego jedzenia, gdyby nie skrajne limity, jakie sobie narzucałam, np. 1000 kcal dziennie.

Nietrudno przewidzieć, że po kilkudniowych okresach takiego ograniczania jedzenia, wygłodniała rzucałam się na słodycze. Trochę wody w rzece upłynęło, zanim dotarło do mnie, że to bezsensownie błędne koło. Wzięłam byka za rogi i wiele lat temu postawiłam na racjonalne odżywianie. Dziś nie odmawiam sobie słodkości, jadam też pizzę czy mięso, lubię nabiał, uwielbiam owoce i warzywa. Codziennie piję kawę z mlekiem. Sporadycznie sięgam po colę (choć faktycznie ostatnio przestała mi smakować i to „sporadycznie” oznacza może raz w roku) czy zdarza mi się zjeść frytki na mieście.

Grunt to zachowanie zdrowego rozsądku i odpowiednich proporcji. Grunt to umiar. Można zjeść dwie kostki czekolady, nie trzeba zjadać od razu całej tabliczki. Można wypić dwie kawy dziennie, a nie osiem i nie zastępować nią wody. Można zjeść fast food raz w miesiącu, a nie codziennie na obiad. Tym sposobem nie rezygnuję z niczego i nigdy też nie jestem na frustrującej diecie.

Poniekąd odnosi się to do zasady, że wszystko jest trucizną i nic nie jest trucizną, bo tylko dawka czyni truciznę. Kilka orzechów dziennie to zdrowa porcja witamin, potrzebnych pierwiastków czy nienasyconych kwasów tłuszczowych. Ale zjedzenie dwóch kilogramów tych bakalii raczej źle się skończy i nie chodzi tu tylko o gigantyczną bombę kaloryczną.

Najoczywistszym przykładem jest jednak alkohol. Lampka wina raz na jakiś czas jest w porządku, ale butelka whisky codziennie już absolutnie nie…

Umiar w ubiorze i biżuterii

Przekombinowane stylizacje nie są ani estetyczne, ani eleganckie. Zalecenie Coco Chanel, by przed wyjściem z domu przejrzeć się w lustrze i ściągnąć jedną niepotrzebną rzecz, warto wziąć sobie do serca.

Jeśli stawiamy na oryginalne, przykuwające wzrok buty, to sukienkę traktujemy jako prostą i klasyczną dla nich bazę. Torebka raczej też nie powinna być wówczas konkurencją. Uważajmy też ze wzorami. Decydując się na któryś z nich, musimy mieć świadomość, że to właśnie on będzie pierwszym zauważalnym elementem stroju (stąd zasada, że jeśli chcesz odciągnąć uwagę od zbyt obszernych bioder, noś raczej ciemne, gładkie spodnie zamiast tych w kratę czy jasne nieregularne moziaje). Wyobraźcie sobie teraz taką stylizację: spodnie w paski, bluzka w kwiatki i na to żakiet w kropki. Mnie kręci się w głowie na samą myśl i na szczęście to tylko przejaskrawiony przykład, bo raczej wszystkie wiemy, że w tej kwestii należy zachować umiar…

Podobnie jest z biżuterią. Raczej jeden pierścionek na dłoni niż kilka. Jeden naszyjnik lepiej ozdobi dekolt niż trzy różne. Mocne, ciężkie kolczyki nie powinny mieć konkurencji w postaci równie mocnej kolii i wielkiej bransolety.

Najczęściej odejmuję przed wyjściem właśnie biżuterię i wcale nie dlatego, że mam tendencję do obwieszania się niczym choinka. Po prostu moje normy „nadmiaru” w tej kwestii odbiegają mocno od średniej i skręcają w stronę minimalizmu przez duże M.

Umiar w ubieraniu to nie tylko dbanie, by nie przesadzić ze strojnością. To także umiar w odsłanianiu ciała. Nie chodzi o to, by zaraz zakrywać się od stóp do głów (znowu: umiar!), ale by nie przesadzać z golizną. Mam na myśli między innymi zbyt duże dekolty, spodnie typu biodrówki ukazujące pupę od góry i mocno wycięte szory, ukazujące pośladki od dołu. Jeśli odsłaniamy dekolt i eksponujemy ramiona, spódnica mini będzie wyglądała tandetnie…

Umiar w makijażu

Mam wrażenie, że na tym polu kobiety jeszcze bardzo mocno grzeszą! Lubię się malować, czuję się wówczas taka „pozbierana” i raczej nie decyduję się na wyjście do pracy bez makijażu. Ale gdy idę na basen, nie mam ani grama nawet najbardziej wodoodpornego tuszu do rzęs.

Najlepiej czuję się w makijażu typu „no makeup”. Niedoskonałości zakryte, a uroda podkreślona tak delikatnie, by wszystko wyglądało jak najbardziej naturalnie. Przed wieczornymi wyjściami decyduję się na mocniejsze pomalowanie oka. I właściwie to tyle.

Umiar powinnyśmy zachować w ilości stosowanych kosmetyków. Niewielka porcja podkładu idealnie wygładzi twarz, ale gdy użyjemy go zbyt dużo, efekt sztucznej maski murowany.

Każdą z nas natura obdarzyła innymi rzęsami. Ja mam dość długie i gęste, ale za to jasne, więc dopiero pociągnięcie ich tuszem wydobywa je na światło dzienne. Są dziewczyny, które wspomagają się sztucznymi rzęsami. Ogólnie za nimi nie przepadam i sama bym się na takie nie zdecydowała, choć wiem, że wszystko zależy od ich jakości i ilości. Dobra kosmetyczka potrafi uzyskać bardzo naturalny efekt. Często jednak widuję dziewczyny z doczepionymi wielkimi, tandetnymi firankami… Podobnie jest z paznokciami. Uwielbiam kobiety z zadbanymi dłońmi i pomalowanymi paznokciami. Sama wybieram najczęściej klasyczną czerwień lub odcienie nude. Ale czy naprawdę tipsy i sztucznie doklejane szpony są jeszcze modne…?

Warto tutaj pamiętać o kluczowej zasadzie eleganckiego makijażu: podkreślamy mocno albo oczy, albo usta, nie wszystko naraz. Na coś trzeba się zdecydować.

Umiar w relacjach

O ile powyższe kategorie dla większości z nas są oczywiste, o tyle umiar w relacjach z ludźmi  może wydawać się dziwny. Wcale nie twierdzę, że męża należy kochać z umiarem, o nie! 😉 Mam tu raczej na myśli otaczanie się mnóstwem znajomych, bo wypada być dziś towarzyskim. Ile z tych osób mogłybyśmy nazwać prawdziwymi przyjaciółmi?

Od jakiegoś czasu wyznaję zasadę, że węższe grono, ale naprawdę zaufanych i dobrych znajomych pozwala mi poświęcić im więcej czasu i pielęgnować relację, z której bardzo często rodzi się przyjaźń. Nie muszę rozdrabniać się na ludzi, z którymi jest mi już nie po drodze, ale wypada zadzwonić czy umówić się na kawę. Kończę relacje, które się wypaliły (to normalne – przecież zmieniamy się, dojrzewamy w różnym tempie, zmieniają się nasze zainteresowania i nie zawsze ze wszystkimi będzie nam po drodze do końca życia). Nie ma sensu w tym przypadku na siłę podtrzymywać ledwie tlącego się ognia.

Umiar w relacjach to także wiedza, kiedy się wycofać i nie wchodzić w czyjeś życie z butami. Skoro same nie lubimy, jak ktoś się wtrąca w nasze sprawy, nie robimy tego innym…

Umiar w sporcie

Trening czyni mistrza. Jednak jeśli nie mamy przed sobą perspektywy udziału w olimpiadzie, to umiar w sporcie jest wskazany. Nasz organizm podziękuje nam kiedyś za regularny ruch, to pewne. Nie ma się co oszukiwać, lenistwo na dłuższą metę się nie opłaca. Jednak często bywa tak, że zatracamy się w sporcie. Ćwiczymy do upadłego, zachłyśnięte widocznymi efektami i uwalniającymi się hormonami szczęścia. Próbujemy bić własne rekordy i ścigać się z innymi. Nadmiar sportu może być równie groźny dla zdrowia, co zupełny brak ruchu. Mięśnie powinny mieć czas na regenerację, a stawy nie mogą być obciążane ponad ich wytrzymałość. Poza tym przetrenowanie jest również groźne dla naszej psychiki – często skutecznie zniechęca do dalszego ruchu.

Po latach prób i błędów, sportowych zrywów na przemian z leżakowaniem na kanapie, wypracowałam sobie nawyk regularnych ćwiczeń. Trenuję trzy-cztery razy w tygodniu, maksymalnie po godzinie. I dzięki temu czuję się znakomicie, mam dobrą kondycję oraz zadbane ciało. Ale wybitnym sportowcem ani trenerką innych nigdy nie będę.

Umiar w postanowieniach, celach i wymaganiach

Nie narzucajmy sobie zbyt wielu wyzwań. Oczywiście trzeba nieustannie nad sobą pracować i się rozwijać, ale postanowienia mają sens wtedy, gdy są rozsądne i gdy jesteśmy na nie gotowe. Najlepiej realizować je pomału, metodą małych kroków.

Gdy wymagamy od siebie ponad własne siły i możliwości, jesteśmy na dobrej drodze do frustracji, niezadowolenia i zaniżenia samooceny. Ponadto mamy jak w banku, że nie zrobimy nawet najmniejszego kroku wprzód.

Gdy wymagamy od siebie ponad własne siły i możliwości, jesteśmy na dobrej drodze do frustracji, niezadowolenia i zaniżenia samooceny. Ponadto mamy jak w banku, że nie zrobimy nawet najmniejszego kroku wprzód.

Trzeba mieć też umiar w dążeniu do celu. Ja zazwyczaj poświęcam się poszczególnym sprawom na dwieście procent. Mam wrażenie, że takie zaangażowanie pokazuje, jak bardzo mi na czymś zależy i jak bardzo się staram. To jednak ma swoje minusy, bo rozczarowania bywają ogromne, spada się z bardzo wysokiego konia. Przeżywam porażki zdecydowanie mocniej niż ktoś, kto nie był tak zaangażowany. Przyznam szczerze, że to jeden z obszarów, nad którym muszę popracować. Wcale nie chcę przestać się angażować, bardziej chodzi mi o racjonalną ocenę sytuacji i umiejętność odpuszczania. Warto dawać sobie możliwość powiedzenia „wycofuję się”, „przestaję”, „wcale nie muszę być najlepsza”. To wcale nie będzie oznaczało zatrzymania rozwoju czy porażki. Po prostu pozwoli przekierować energię i uwagę na obszar z większym potencjałem.

Umiar w pracy

To kolejny punkt, który u mnie kuleje. Zachowanie równowagi w kwestii pracy i życia prywatnego jest trudne. Niejednokrotnie pracowałam ponad swoje siły. W ubiegłoroczne wakacje pobiłam swój niechlubny rekord – byłam w pracy 26 godzin bez przerwy. Napędzały mnie adrenalina i stres, ale w drodze powrotnej do domu już ledwo kontaktowałam. Dotychczas nie zdawałam sobie sprawy, co się dzieje z organizmem po tak olbrzymim wysiłku. Drżą mięśnie, głowa waży tonę, a otworzenie szerzej oczu to wyczyn na miarę wspięcia się na Mount Everest.

Gdy już to wszystko odespałam, obiecałam sobie, że już nigdy więcej tego nie zrobię. Obiecałam sobie umiar. Na razie idzie mi całkiem dobrze, ale może dlatego, że nie zdarzyły się kolejne okazje wymagające tak ekstremalnego wysiłku. Ciekawe, czy będę potrafiła sobie następnym razem powiedzieć: „dość”? Idealnie byłoby po prostu zapobiegać takim sytuacjom, ale nie żyjemy przecież w idealnym świecie…

Umiar w konsumpcji i posiadaniu

Nigdy nie określałam siebie minimalistką, choć mam sporo cech, które minimalistów charakteryzują. Nie lubię przedmiotów bezpańsko wałęsających się po domu, nie napoczynam kilku kosmetyków z tego samego gatunku jednocześnie, nie chomikuję (wręcz regularnie okrawam stan posiadania), nie przepadam za nadmiarem ozdób, nie robię zapasów żywności, a ostatnio przestałam kupować namiętnie książki i korzystam z dobrodziejstwa bibliotek.

Jednak w kwestii ubrań miałam problem. Kupowałam, wyrzucałam, kupowałam, wyrzucałam… Mimo regularnych czystek szafy, zebrała się spora kolekcja, a wszystko za sprawą częstych i regularnych zakupów. Skoro wiem, że nie muszę co pół roku wymieniać talerzy i nie muszę co miesiąc kupować nowej pościeli, bo jeszcze nie zdążą się zużyć i marnotrawstwem (ze szkodą dla środowiska) byłoby wyrzucanie ich, to dlaczego w kwestii ubrań miałam odmienny pogląd? Zaburzony stosunek do mody? Brak świadomości skutków bezmyślnej konsumpcji?

Praca nad tym obszarem trwa w najlepsze. Jestem prawie na półmetku rocznego postu zakupowego i niebawem podzielę się pierwszymi wnioskami. Uznałam, że aby w przyszłości móc zachować umiar i rozsądek, skrajność muszę tymczasowo zaleczyć skrajnością. Jeśli otarłam się o ubraniowy zakupoholizm, potrzebne było zdecydowane lekarstwo. Alkoholika nie leczy się zmniejszając mu dzienne dawki spożycia alkoholu, ale całkowicie go odstawiając. Ja – w przeciwieństwie do alkoholika – po rocznej abstynencji zakupowej zamierzam osiągnąć równowagę i rozsądnie kupować.

Umiar w mówieniu

Umiejętność prowadzenia rozmowy w duchu savoir-vivre’u jest bardzo pożądana u każdej kobiety z klasą. Jednak my, drogie panie, mamy tendencję do gadulstwa. Mówienie jest srebrem, milczenie jest złotem – warto wziąć to sobie do serca, zwłaszcza w dobie zalewającej nas zewsząd paplaniny. Cisza bywa krępująca, ale czasami milczenie jest bardziej wymowne niż tysiąc słów.

Umiar w emocjach

Na koniec zostawiłam bardzo emocjonalną kwestię 🙂 Czym jest umiar w emocjach? Otóż wcale nie ograniczeniem uczuć: kochajmy, lubmy, szanujmy, radujmy się z całych sił! Umiar wskazany jest w okazywaniu emocji, zarówno tych dobrych, jak i tych złych. Kobieta z klasą jest powściągliwa. Nawet jeśli cieszy się, że dostała nową pracę i jej serce robi właśnie fikołki, ona nie rzuca się ze łzami szczęścia na szyję nowemu szefowi. Jeśli coś ją rozbawi w towarzystwie, owszem, śmieje się szczerze, ale nie tak, by wydawane przez nią dźwięki trzęsły murami, a pozostali oglądali jej wnętrzności przez gardło. Jeśli dziękujemy komuś z nadmierną przesadą, możemy zostać posądzone o sztuczność i niepotrzebną egzaltację. Konieczne są umiar i wyczucie.

Trudniej bywa w przypadku negatywnych emocji. Złość ciężko okiełznać. Wciąż rumienię się ze wstydu na wspomnienie, jak kilka lat temu nawrzeszczałam na pana, który cofając wjechał prosto w mój samochód. Okazało się, że to bardzo kulturalny i grzeczny człowiek, rektor jednej z wyższych szkół, który po prostu się zagapił, ale następnie zachował się jak prawdziwy dżentelmen (miałam z nim później dzięki tej sytuacji zawodowy kontakt). Dlaczego nie ugryzłam się wtedy w język?!

Naprawdę warto popracować nad metodami pozwalającymi nam się opanować. Dla jednych będzie to policzenie do dziesięciu, dla innych – kilka głębokich wdechów. Umiejętność zachowania dobrych manier w sytuacji, gdy coś wyprowadza nas z równowagi jest jedną z oznak, że naprawdę mamy klasę. Ja jestem na dobrej drodze, ale jeszcze trochę pracy przede mną 🙂

***

Pozbyłam się już przekonania, że umiar jest oznaką przeciętności. Zachowanie go w nawet bardzo przyziemnych sprawach pozwala na osiągnięcie równowagi. Poza gwarancją spokoju i harmonii w życiu, do których część z nas dąży, taki balans jest także świetną bazą do osiągania wyższych celów. Gdy nie musimy zaprzątać sobie głowy jedzeniem, gdy mamy dobrą kondycję, gdy czujemy się dobrze w swoich ubraniach, w swojej skórze i w swoich związkach, naszą uwagę i czas możemy poświęcić na naprawdę ważne dla nas sprawy, które umocnią naszą wyjątkową osobowość.

Tagged , , , , , , , , ,