Garderoba, Refleksje

Mechanizmy fast fashion: jak być świadomą konsumentką?

Zakładam, że każda z nas che być dobrym człowiekiem: nie krzywdzić innych, postępować zgodnie z normami moralnymi i mieć sprawnie działające sumienie. Lubimy spojrzeć komuś w oczy z przeświadczeniem, że jesteśmy w porządku. Przejmujemy się nieszczęściem innych, poruszają nas biedne i głodne dzieci… Hm, ja tak mam.

Jednak po przekroczeniu progu galerii handlowej sprzed oczu znikają nam cierpienia tego świata. To normalne, bo specjaliści od marketingu używają przeróżnych narzędzi, byśmy czuły, że jest przyjemnie. Światło, kolory, odpowiednia ekspozycja, muzyka, zapach, czasami wrażenie luksusu. Lubimy to, oj, lubimy…

Dla korporacji odzieżowych najlepszy klient to nieświadomy klient. Pytanie, czy nieświadomość mechanizmów funkcjonowania przemysłu fast fashion wynika z naszej ignorancji (a może nawet arogancji)? Może wolimy nie wiedzieć, żeby nie dodawać naszemu sumieniu roboty? W końcu zakupy mają być przyjemne, po co więc tracić czas na jakieś refleksje? To trudny i wymagający temat, ale spróbujmy się go podjąć.

Fast fashion – skąd to się w ogóle wzięło?

Każda z nas chyba słyszała już o wyzysku biednych szwaczek z krajów trzeciego świata. Coś tam się o uszy obiło.

Kiedy uświadomiłam sobie, że mam problem z kupowaniem ubrań i po przeprowadzonym eksperymencie szafowym zdecydowałam się na roczny post zakupowy, postanowiłam usystematyzować trochę moją wiedzę na temat tego, jak działa przemysł modowy.

Trudno nie zauważyć, że firmy modowe coraz częściej wypuszczają na rynek mniejsze partie towaru zamiast dużych sezonowych kolekcji. Przyczyną jest oczywiście zysk, który generuje się dzięki większej elastyczności dostaw. Jak to działa w praktyce? Po dostarczeniu partii odzieży statystyki pokażą, co się świetnie sprzedaje, a co raczej nie wzbudza zainteresowania. Wówczas produkty, na które nie ma oczekiwanego popytu, usuwa się z kolejnego zamówienia, zastępując czymś innym. Gdyby wyprodukowano całą partię na cały sezon, straty spowodowane słabą sprzedażą mogłyby być dotkliwsze.

Największy zysk pochodzi z „pierwszej sprzedaży”, czyli z pierwszych dni obecności kolekcji w sklepach. Cena jest wówczas najwyższa. Klienci pragnący być na czasie, uwielbiający nowości, pędzą na zakupy. Podobno są takie firmy, które czarterują samolot, by wysłać go po dodatkowe partie najlepiej schodzących egzemplarzy (bo statkiem płynęłyby za długo).

Co to oznacza dla azjatyckich producentów? Czas na wykonanie zlecenia się kurczy. By zadowolić zachodnich klientów i wypełnić zobowiązania, muszą zwiększyć wydajność pracowników. To oznacza często liczne nadgodziny. Gdy są płatne, pracownicy nawet się cieszą, bo mogą dorobić i będzie stać ich na jedzenie do końca miesiąca, a nie tylko przez pierwszych 20 dni. Gorzej, gdy pracodawcy wpadają na genialny pomysł, by narzucić pracownikom tak duże normy, że wiadomo z góry, iż nie mają szans ich wyrobić. Wtedy – aby w ogóle dostać zapłatę – muszą zostać po godzinach.

Przykład z bengalskiej fabryki: godzinna norma osoby wszywającej rękawy do t-shirtów to 120 sztuk, czyli po dwie koszulki na minutę. Dziennie musi oddać 960 sztuk. Dużo? Mało? Niektórzy się wyrabiają. Problem polega na tym, że oprócz tempa liczy się także dokładność: wszycie rękawa minimalnie niezgodnie z projektem spowoduje, że koszulka będzie się marszczyć i zachodni klient się zdenerwuje. Dlatego podczas kontroli jakości nadzorcy nie okazują litości. Jeśli jakiś trefny t-shirt przemknie się dalej, nad nimi też nikt nie będzie się litował.

Zachodnie firmy oficjalnie starają się zwracać uwagę na prawa pracownicze, boją się kontroli organizacji pozarządowych i bojkotu swoich marek. Nie zgadzają się więc na pracę po godzinach. Ale nie zgadzają się również na wydłużenie czasu realizacji zleceń…

Ile kosztuje fast fashion?

Zachodnie marki odzieżowe w przeważającej mierze zamawiają towar w krajach, w których  pracownicy zarabiają tyle, że ich miesięczna pensja nie wystarczyłaby na jeden lunch w kraju klienta. Bengalskiej szwaczki nie stać rocznie nawet na jedno nowe ubranie, które szyje w fabryce.

A wiecie, co to jest SANDBLASTING? To piaskowanie dżinsów. Dzięki niemu na materiale pojawia się efekt znoszenia. Polega na tym, że bardzo drobnym piaskiem pod bardzo dużym ciśnieniem traktuje się dżinsy, wycierając ufarbowane wcześniej włókna. Niestety, wciąż nagminne są przypadki, że osoby wykonujące tę pracę nie otrzymują ochronnych masek czy zabezpieczających okularów. Takie warunki powodują śmiertelne choroby płuc. A zachodni klienci płacą za parę dżinsów tyle, ile osoba je piaskująca otrzymuje za pół roku swojej pracy.

Nazywane jest to „optymalizacją kosztów”. Biznesowo bardzo rozsądne pojęcie, prawda? Tylko że biorąc pod uwagę wszystkie warunki produkcji ubrań, które tak chętnie kupujemy, ta „optymalizacja kosztów” jest najłagodniej mówiąc eufemizmem. Ale dzięki temu, że określenia „optymalizacja kosztów” nie zastępuje się określeniem „wyzysk”, naszym zakupom nie towarzyszą skrupuły. Przecież to normalne, że szyje się tam, gdzie jest taniej. Dzięki temu końcowa cena nie jest wygórowana. W końcu to nie tylko fast fashion, ale też cheap fashion

Czy aby na pewno?

Na świecie sprzedawanych jest dziennie ponad 5 milionów koszulek. Niestety, dziś jest warta tyle, ile wszyta do niej metka.

Marże ubrań czy torebek wynoszą nawet 2000 procent (im droższa marka, tym wyższa marża, nieproporcjonalna do kosztów produkcji). Staramy się być sprytne, więc na upatrzone wcześniej egzemplarze polujemy na wyprzedażach. Przecież nie chcemy przepłacać. Czasami wręcz z pogardą patrzymy na szafiarki, które natychmiast adaptują nowe trendy w swoich outfitach. Jednak na wygranej pozycji zawsze jest przemysł modowy: szafiarkom sprzedaje poczucie, że są trendy, na topie, a nam sprzedaje poczucie, że jesteśmy bardzo rozsądne… Dwie idealne grupy docelowe, na podstawie których łatwo można kalkulować przyszłe zyski.

Według badań Refuel, amerykańskiej agencji marketingowej, ludzie z krajów rozwiniętych nie mogą żyć bez nowych ubrań (uplasowały się one na piątym miejscu najbardziej niezbędnych rzeczy, woda do picia była na dziesiątym miejscu…).

Gdybyśmy kupowały spodnie czy buty dopiero wówczas, gdy stare nie nadawałyby się już do noszenia, byłybyśmy słabymi klientkami, bo trudno na podstawie tego typu konsumentów oszacować plany sprzedażowe. Stąd taka częstotliwość w zmienności trendów. Chodzi o to, żeby kampanie reklamowe tak nam namieszały w głowie, żebyśmy szybko dochodziły do wniosku, że zawartość szafy jest już passe i że MUSIMY ją odświeżyć. Najbardziej podatne na tę manipulację przypadki stają się ofiarami mody, a ściślej rzecz ujmując – ofiarami fast fashion.

Świadoma moda kontra fast fashion

Nadmierne kupowanie ubrań i traktowanie ich, jakby były jednorazowe, jest obciążające dla środowiska. Przeciętny Amerykanin wyrzuca do kosza na śmieci ok. 30 kg odzieży rocznie. Warto dodać, że produkcja niewielu ubrań jest przyjazna środowisku. Poliester czy inne syntetyczne materiały to pochodne ropy naftowej. Zmagamy się z foliówkami, plastikowymi butelkami – mamy problem z przetworzeniem ton śmieci. A do tego dochodzą jeszcze „niemodne” już fatałaszki…

Marki odzieżowe podejmują próby „walki z problemem”. Trochę dziwne, że robią to dopiero wtedy, gdy zaczyna być głośno o wyzysku i niegodnych warunkach pracy. Na pierwszy rzut oka wygląda to jak próba ratowania wizerunku.

Takim przykładem jest jedna z najpopularniejszych sieciówek – H&M. Spotkała się chyba z największą falą krytyki za „jednorazową” modę. Kierujący tą marką zdecydowali się więc na wypuszczenie „Coscious Collection”, promującą zrównoważony styl z organicznej bawełny. Także niektóre z produktów są rzekomo lepszej jakości, więc zarówno trwalsze, ale też i droższe. Poza tym w sklepach można zostawić w specjalnych koszach znoszone i stare ubrania. Ile jest w tym faktycznego działania, a ile wizerunkowych trików – nie wiem. Podchodzę do tego z dużą rezerwą, bowiem wystarczy wejść do pierwszego sklepu tej marki, by zobaczyć obok „świadomej kolekcji z organicznej bawełny”, tanie produkty „special price”, pozostawiające wiele do życzenia pod względem jakości.

Czy jest zatem jakieś lekarstwo na chorobę „fast fashion”?

Po katastrofie w Bangladeszu, gdy zawalił się budynek Rana Plaza, oficjalnie zobowiązano się do niezależnych kontroli fabryk świadczących usługi zachodnim koncernom. Upublicznione raporty miały wywierać presję zarówno na właścicielach szwalni, jak i na ich klientach, czyli zachodnich markach, które obiecały wziąć udział w remontach i poprawie warunków pracy. Niby coś się ruszyło, ale… zawsze jest jakieś „ale”.

Wykazanie rażących nieprawidłowości oznaczałoby przerwę w pracy (do czasu zlikwidowania niedociągnięć) lub utratę klientów, którzy nie chcą oficjalnie być identyfikowani z łamaniem praw człowieka. Dlatego właściciele fabryk wykazują się niemałym sprytem. Podczas wizytacji pokazują fabryki potiomkinowskie, czyli takie „na pokaz”, pełne mistyfikacji, zacierające prawdziwy obraz. Oprócz tego, że są w nich np. niezbędne gaśnice i pracownicy nawet wiedzą, jak z nich korzystać, to dodatkowo oferowana jest opieka nad dziećmi w przyzakładowym przedszkolu z nauką angielskiego! Istny raj. Zachodni kontrolerzy się cieszą, a właściciele fabryk mają na jakiś czas spokój…

To może oddolnie należy pomóc najbiedniejszym? Jakiś czas temu pewien ekonomista wymyślił, że trzeba udzielać drobnych pożyczek na otwieranie własnych pracowni krawieckich. Wszystko pięknie wyglądało w PR-owych przekazach i okryło chwałą profesora-pomysłodawcę. W praktyce nie do końca wyszło, a ludzie, którym program miał pomóc twierdzą, że sposób jego realizacji przyniósł tylko problemy (brutalna windykacja, zdzieranie z najbiedniejszych ostatniego grosza).

Często jest tak, że rozwiązania, które z naszej perspektywy wydają się wręcz idealne, zastosowane w innych warunkach, mogą wyrządzić więcej szkody niż pożytku.

Nie czuję się na siłach, by próbować znaleźć optymalne rozwiązanie tego globalnego problemu, jakim stał się przemysł fast fashion. Świat też nie może sobie z tym do końca poradzić. Niektórym status quo odpowiada i myślę, że straciliby zbyt wiele na poprawie jakości życia szwaczek w trzecim świecie. Zresztą, czy tylko tamtejsze szwaczki pracują w niegodnych warunkach? Czy w Europie mają tak kolorowo…?

Moje zasady świadomej konsumpcji

Oczywiście można mówić, że pojedynczy konsument niczego nie zmieni. To tak jak z ruchem zero waste – są ludzie, którzy próbują ograniczyć produkcję odpadów do zera. Czy to wpłynie na gwałtowną poprawę kondycji środowiska naturalnego? Raczej nie, bo tych ludzi wciąż jest za mało i choć bardzo podziwiam taką postawę, nie sądzę, aby stała się popularna na szeroką skalę. Jednak nie oznacza to, że ich działania są bez sensu. Kropla drąży skałę… Poza tym swoim zachowaniem propagują wiedzę i świadomość na temat śmieciowego problemu.

Podobnie jest z konsumpcją ubrań. Nie wierzę w bajki i wiem, że nie dojdzie z dnia na dzień do bojkotu sieciówek. Zresztą to mogłoby się skończyć tragicznie dla pracowników z trzeciego świata – zostaliby nagle odcięci od jedynego źródła dochodu.

Myślę jednak, że kobieta z klasą to świadoma kobieta, która nie zamyka się na świat i jego problemy. To kobieta, która nie tylko deklaruje, że jest przeciwna łamaniu praw człowieka i wyzyskowi nieletnich w przemyśle fast fashion, ale udowadnia to swoim zachowaniem i konsumenckimi decyzjami.

PO PIERWSZE: nie potrzebujemy tylu ubrań, ile kupujemy. Wiem to na pewno, udowodniłam to sobie moim szafowym eksperymentem. Większość naszych zakupów to zachcianki i uleganie manipulacjom odzieżowych marketingowców. Oczywiście, jak większość kobiet, chcę wyglądać dobrze. Uświadomiłam sobie, że nie muszę w związku z tym co chwilę „odświeżać” swojej garderobę. Zamierzam popracować nad odróżnianiem potrzeb od zachcianek. Gdy skończy się mój roczny post zakupowy (kilka dni temu rozpoczął się czwarty miesiąc), obiecuję sobie racjonalne zakupy. Obiektywnie racjonalne.

PO DRUGIE: każde ubranie można nosić częściej niż nam się wydaje. Kupowanie sukienki na jedną okazję mija się z celem. Założenie jej na dugą okazję nie jest nietaktem czy wpadką. To fast fashion wmówiła nam, że nie wypada pokazać się dwa razy w tej samej rzeczy. Wypada, a wręcz jest oznaką świadomości i odpowiedzialności. Dla mnie jedną z większych inspiracji jest Katarzyna Kędzierska, autorka bloga Simplicite, którego czytam od wielu lat. Wypracowała sobie szafę spełniającą jej potrzeby, ale składającą się z ograniczonej liczby rzeczy. Kolejne świadome zakupy są zastępstwem znoszonych ubrań.

PO TRZECIE: trzeba zwracać uwagę na jakość. Nie demonizuję poliestru czy poliamidu, jego niewielkie domieszki mogą przedłużyć żywotność np. wełnianego płaszcza. Wiem jednak, że bawełna bawełnie nierówna. Mam biały t-shirt z bardzo grubej, mięsistej, nieprześwitującej bawełny. Jest ze mną ponad trzy lata, najczęściej ze wszystkich eksploatowany. Wciąż jednak wygląda znacznie lepiej niż niejeden nowy t-shirt na wieszaku w sklepie. Oprócz czytania metek, lubię dotykać, naciągać i „miętosić” rzeczy, zanim je kupię.

PO CZWARTE: zaczynam sprawdzać, które z firm działają etycznie. Oczywiście nie jest to łatwe i nie wszystkie informacje są wiarygodne. Jednak czas, który normalnie poświęciłabym na bieganie po galerii handlowej, wolę przeznaczyć na małe śledztwo i przynajmniej postarać się poszukać marek, które nie łamią praw człowieka i nie zanieczyszczają nadmiernie środowiska.

PO PIĄTE: zamierzam w miarę możliwości kupować lokalnie. Jest obecnie wiele polskich marek, produkujących w Polsce. Poza tym szukam krawcowej, u której będę mogła zaopatrywać się w rzeczy idealnie dopasowane do mnie. Fakt, zapłacę więcej niż za odzież z sieciówki, ale skoro zamierzam zmniejszyć liczbę kupowanych ubrań, to myślę, że i tak finansowo na tym skorzystam.

PO SZÓSTE: kierowanie się zasadami klasycznej elegancji i ponadczasowością jest bardzo pomocne w zbudowaniu spójnej garderoby na lata.Ona prędko się nie zestarzeje, bo nie ulega sezonowym trendom.

***

Cały powyższy tekst (pomimo swojej obszerności) to dość pobieżne i w niektórych momentach mocno uproszczone potraktowanie problemu, jakim jest dla współczesnego świata przemysł fast fashion. Mam jednak nadzieję, że kropla zacznie drążyć skałę…

Jeśli chciałabyś dowiedzieć się więcej na ten temat, mogę polecić Ci kilka miejsc, w których można znaleźć ciekawe informacje (i z których sama korzystam):

1.Książka „Życie na miarę. Odzieżowe niewolnictwo” (Marek Rabij), którą już polecałam na blogu.

2. Fundacja Kupuj Odpowiedzialnie

3. Clean Clothes Campaine

4. Fashion Revolution

PS Niebawem rozwinę temat „luksusowych” marek, który ściśle wiążą się z powyższym problemem (można go znaleźć TUTAJ).

Tagged , , , , , , ,