Ciało

Zadbane ciało: jak przełamałam niechęć do ruchu i wybrałam ćwiczenia z Ewą Chodakowską?

Nigdy nie lubiłam się ruszać. W-f był dla mnie najgorszym przedmiotem, począwszy od podstawówki, a na studiach skończywszy. Ale przychodzi w życiu kobiety taki moment, kiedy uświadamia sobie, że sama zdrowa dieta i smarowanie się cudownymi balsamami to jednak za mało… Zatem jak z osoby stroniącej od sportu stałam się aktywna fizycznie i dlaczego zdecydowałam się na ćwiczenia z Ewą Chodakowską? Uprzedzam, że droga była wyboista, więc i tekst jest długi 🙂

Kobieta z klasą dba o siebie

Dbanie o siebie to przede wszystkim przejaw szacunku i wdzięczności wobec tego, co otrzymałyśmy od życia, czyli umysłu, duszy i ciała. Często postrzegane jest w kategoriach egoizmu, bo przecież zamiast skupiać się na sobie, lepiej pomagać innym. Tylko jeśli nie zadbamy o siebie, szybko okaże się, że jesteśmy również nieprzydatne innym. Bo nawet najlepszy silnik się psuje, gdy się go zaniedba.

Uczymy się zachowywać balans między pracą a odpoczynkiem, rozwijamy nowe umiejętności i relaksujemy głowę – to higiena umysłu. A co z higieną ciała? Owszem, poświęcamy czas na pielęgnację, dociera też do nas, że warto zdrowo się odżywiać („jesteś tym, co jesz”), ale regularną aktywność fizyczną odpychamy od siebie, bo już wymaga trochę więcej wysiłku i czasu.

Nawet trafnie dobrany do okoliczności strój będzie lepiej leżał na zadbanym ciele. Zawsze. I absolutnie nie mam tutaj na myśli, że każda z nas musi być szczupła. Wśród zdrowych kobiet z okrąglejszymi kształtami są takie, których skóra jest jędrna i sprężysta, mięśnie wytrenowane, a one nie dostają zadyszki podczas wchodzenia na drugie piętro. I właśnie o to chodzi!

Nigdy nie byłam gruba. Mam 162 cm wzrostu i przez całe swoje dorosłe życie ważę około 50-52 kg. Noszę w związku z tym rozmiar S lub częściej XS. Można więc wysnuć wniosek, że nie muszę się przejmować swoją sylwetką i mogę odpuścić sobie ćwiczenia. Ale nic bardziej mylnego!

Niechęć do ruszania się, czyli jak działa przymus

Moja największa szkolna zmora to lekcje wychowania fizycznego. Zawsze byłam przeciętniakiem, dziewczyny skakały wyżej, biegały szybciej, lepiej trafiały do kosza… Podejście nauczycieli w-fu było dobre dla tych dzieciaków, które świetnie sobie radziły.

Kiedy wiosną robiło się w miarę ciepło, bez wcześniejszego przygotowania kondycyjnego, wyganiano nas na dwór i robiono sprawdzian z biegania długodystansowego. Nietrudno się domyślić, że traciłam oddech po stu metrach. Zwłaszcza, że nikt nie powiedział, jak rozkładać siły, jakim tempem biec. Och, jak ja nienawidziłam biegać!

Poza tym super, jeśli w-f był ostatni – od razu można było pójść do domu i się umyć. W szkole nie było ku temu warunków, więc blisko trzydzieścioro dzieciaków w wieku dojrzewania po godzinie biegania, na kolejnej lekcji tworzyło mało przyjemną zapachową aurę… A ja zawsze byłam na to szczególnie wyczulona.

Co ciekawe, w wakacje praktycznie codziennie jeździłam konno i jeździłam rowerem. Czyli to jednak nie była kwestia niechęci do sportu…

Na studiach przez pierwsze trzy lata w-f raz w tygodniu był obowiązkowy. Zapisywałam się głównie na aerobik, bo tak mi pasowało do planu. Czasami zajęcia okazywały się dla mnie zbyt intensywne, ale trzeba było zagryźć zęby. Jaką ulgę przyniosło mi ostatnie zaliczenie w indeksie! Ha! Teraz już niczego nie muszę!

A może by tak…? – czyli pierwsze próby ruszenia się z kanapy

Gdzieś w tyle głowy kiełkowała myśl, że jednak może trzeba się trochę ruszać. Mówią, że to zdrowo. No i pewnie skądś bierze się zainteresowanie basenem czy klubami fitness. Szybko jednak wytłumaczyłam sobie, że przecież nie jestem gruba i nie muszę się odchudzać, więc szkoda zachodu!

Dałam się jednak namówić przyjaciółce na zajęcia aerobiku i pilatesu. Często wzajemnie ciągnęłyśmy się za uszy, ale też bywały momenty, że wzajemnie usprawiedliwiałyśmy swoją niechęć do ćwiczeń.

No to może basen? Nie jestem świetną pływaczką i czuję respekt przed wodą, ale też ją lubię. Postanowiłam dołączyć do kuzynki podczas jej wizyt na pływalni. Zaczęłam od zakupów: strój, okulary, specjalny ręcznik, nowe klapeczki, sportowa torba, zestaw kosmetyków „tylko na basen”, nawet mała podręczna suszarka, no i oczywiście karnet. Na basenie byłam RAZ. Bo nie mam czasu, bo za zimna woda, bo korki na mieście, bo…

Jak się przełamałam i zaczęłam biegać oraz dlaczego jednak zrezygnowałam?

Podobno refleksje dotyczące dbania o ciało dopadają kobietę po przekroczeniu trzydziestki. U mnie pojawiły się wcześniej, gdy miałam 28 lat. Dobrze się czuję w szczupłym ciele i chcę, żeby tak było zawsze. Czy życie będzie dla mnie takie łaskawe cały czas, czy może trzeba wziąć sprawy we własne ręce, póki nie jest za późno? Podobno metabolizm wraz z wiekiem spada?

Wspominałam już, że nienawidziłam biegać. Jednak przewrotność mojego charakteru każe mi walczyć ze swoimi słabościami. Gdy ktoś pytał mnie, dlaczego biegam, odpowiadałam: „bo nie lubię”.

Dojrzałam do decyzji, by wziąć byka za rogi. Poczytałam o planach treningowych w stylu „Od zera do 60 minut ciągłego biegu”, o technice itp. Zainstalowałam w telefonie Endomondo i pewnego majowego wieczoru wyszłam na dwór. Na 14 minut. Minuta marszu, minuta spokojnego biegu, minuta marszu itd. Ale super! Dałam spokojnie radę. Bo o to chodzi, że każdy dałby radę. Poczułam się jak młody bóg i chciałam więcej.

Dopiero po miesiącu regularnych treningów (co 2-3 dni, nie robiłam przerw większych niż 2 dni) i zwiększania czasu ciągłego biegu, zdecydowałam się na zakup porządnych butów do biegania. Nie chciałam popełnić tego basenowego błędu, więc obiecałam sobie, że zainwestuję w ten sport dopiero, jak wytrwam miesiąc. Zmiana butów była niezwykle komfortowa i dodała mi skrzydeł. To jednak podstawa w bieganiu.

Biegałam kilka miesięcy i zauważyłam, jak fajnie i subtelnie zmieniło się moje ciało oraz jak bardzo poprawiła mi się kondycja. Niestety wpadłam w pułapkę bicia własnych rekordów. W grudniu tak bardo chciałam osiągnąć kolejny szczebel w planie treningowym, że o mały włos  nie zemdlałam na ulicy. Wystraszyłam się i zniechęciłam na dobre.

Stopklatka z programu treningowego BIKINI Ewy Chodakowskiej

Jak zdecydowałam się na ćwiczenia z Ewą Chodakowską?

Jednak ta regularność biegania troszkę mnie uzależniła (pewnie zaczęło mi brakować tej „euforii biegacza”, bo uwalniane endorfiny trochę uzależniają). Czas więc było znów wziąć byka za rogi.

O Ewie Chodakowskiej słyszałam już dawno – z drugiej strony kto o niej nie słyszał? Zawsze jednak podchodziłam do jej działalności z dystansem. Nie przemawiały do mnie jej motywacyjne teksty, nie rozumiałam tak olbrzymiego zaangażowania jej fanek, traktujących ją jak boginię. Ok, pokazuje jak ćwiczyć, ale żeby aż tak się tym ekscytować?

Podobnie jak w przypadku biegania, tak i tutaj postanowiłam spróbować, bo wydawało mi się, że takie ćwiczenia są bez sensu (mało kto rozumie moją przewrotność). Lubię mieć własne zdanie wyrobione na podstawie własnych doświadczeń, lubię sprawdzać i testować.

Na pierwszy ogień poszedł program „Skalpel”, dostępny na youtube. Okazało się, że to wcale nie jest takie łatwe, jakby się wydawało! Poczułam mięśnie, o których istnieniu zapomniałam. Ale uczucie euforii wróciło! Wypróbowałam w kolejnych dniach inne treningi, które znalazłam online. Niektóre podobały mi się bardziej, inne mniej, a podczas niektórych o mało nie wyzionęłam ducha – Killer prawie mnie zabił 🙂

Po miesiącu takich prób mogłam już z pełnym przekonaniem stwierdzić, że warto ten rodzaj aktywności kontynuować. Zwłaszcza że zauważyłam pierwsze efekty w postaci ładnie zarysowanych mięśni oraz większej gibkości.

Co i jak często teraz ćwiczę?

Bardzo szanuję Ewę Chodakowską za pracę, jaką wykonuje. Jej fanpage pokazuje, jak wiele kobiet dzięki niej zmieniło swoje życie. Ewa je motywuje, zagrzewa do walki, podpowiada jak się odżywiać, skąd czerpać siłę itp. Przeciwnicy tej działalności określają ją jako sektę, za co słono obrywa się im od zagorzałych zwolenniczek. Ja plasuję się gdzieś pośrodku. Ćwiczę z Ewą Chodakowską, bo MI te treningi odpowiadają. A w związku z tym, że nie potrzebuję „psychologicznego i motywacyjnego wsparcia”, po prostu z niego nie korzystam.

Już trzeci rok zapisuję sobie w kalendarzu wykonany trening i widzę, że rocznie robię ich ponad 100. Czy to dużo, czy to mało? Dla mnie optymalnie. Wiele miesięcy to regularne ćwiczenia co drugi, czasami co trzeci dzień. Zdarzają się jednak okresy, w których muszę lub chcę trochę odpuścić. Tak jest podczas bardzo wzmożonej pracy przy intensywnym projekcie (wychodziłam z domu na 12 godzin, po powrocie zasypiałam w wannie, fizycznie byłam wyczerpana) oraz podczas wakacji (na wyjeździe chcę korzystać z dobrodziejstw danego miejsca i te 40 minut wolę poświęcić na pływanie lub inną aktywność).

Ćwiczenia z Ewą Chodakowską przeplatam wyjściami na basen z moim mężem (już bez karnetu, na jednorazowe wejściówki) oraz sezonowymi sportami. Ostatnio w święta skorzystałam z bieżni moich rodziców i przebiegłam prawie 5 km w całkiem zadowalającym tempie. Takie epizody też mi się zdarzają 🙂

Z programów Ewy najczęściej wybieram SKALPEL. Uzupełniam go jedynie o kilogramowe hantle na początku, podczas ćwiczeń ramion (na początku swojej przygody wykorzystywałam wyłącznie ciężar własnych ramion). W słabsze dni decyduję się na MODEL LOOK – to program skupiony na mięśniach grzbietu i brzucha, po nim jakoś tak automatycznie prostuję postawę i za to bardzo go lubię. Gdy chcę poczuć nogi, wybieram SUKCES. Tu można się wyszaleć, ale też na leżąco dać mięśniom ud i pośladków do wiwatu. Z kolei w trzeciej części mięśnie brzucha mają duże wyzwanie. A najbardziej lubię uczucie radości po EKSTRA FIGURZE. To program skrojony idealnie dla mnie, na lepsze dni. Sporadycznie zabieram się też za SECRET (to bardzo spokojny program) oraz za BIKINI (intensywna, energetyczna mieszanka).

Stopklatka z programu treningowego SUKCES Ewy Chodakowskiej

Kilka moich prawd i odkryć – od kanapowego lenia do regularnej aktywności

Przymus jest największym przeciwnikiem aktywności – do regularnego ruchu trzeba dojrzeć i po prostu chcieć.

– Kluczem do sukcesu jest dobranie aktywności do swoich predyspozycji. Ale żeby to zrobić, trzeba trochę popróbować – nie warto z góry czegoś przekreślać. Z wiekiem się zmieniamy i coś, co kiedyś wydawało się straszne, dziś może okazać się przyjemne – kwestia podejścia (patrz: moje bieganie).

Nie ma sensu z nikim się ścigać, to nie olimpiada. Porównywanie się do innych bywa motywujące, ale jeśli nieumiejętnie korzystamy z tego narzędzia, czasami możemy sobie poważnie zaszkodzić. Każdy jest inny, ma inne ciało, inny aktualny stan organizmu. Chora ambicja może przełożyć się na kontuzję czy długotrwałe zniechęcenie do ruchu.

– Ze sobą też nie warto się ścigać. Żeby była jasność: monitorowanie własnych postępów bywa bardzo motywujące, ale w tym rodzaju aktywności „dla zdrowia” nie chodzi o to, żebyśmy biły kolejne rekordy, tylko o to, żebyśmy się w ogóle ruszały.

Nie trzeba czekać na nowy tydzień, miesiąc czy nowy rok. Jeśli dojrzejesz do decyzji, zaczynasz tu i teraz. I nawet jeśli zrobisz sobie tydzień czy dwa przerwy, Twoje wcześniejsze wysiłki nie poszły na marne. Po prostu kontynuujesz, tu i teraz. Z dalszej perspektywy ta chwilowa przerwa nie będzie miała znaczenia.

– Myślę, że osoby, które chcą zrzucić zbędne kilogramy, mają wbrew pozorom łatwiej, bo mają cel. Ja nigdy nie musiałam się odchudzać, więc trzeba było postawić sobie za cel coś innego, np. zdrowy tryb życia. A to jest jednak dużo mniej wymierne.

– Znalezienie odpowiedniej pory do ćwiczeń pomaga się do nich zebrać. Ja lubię ćwiczyć rano, po lekkim śniadaniu. Wtedy mam energię na cały dzień i nie wisi nade mną: „trzeba poćwiczyć”. Są jednak dni, gdy wcześnie wychodzę z domu, więc zrywanie się o 5:00 raczej by mnie do ćwiczeń zniechęciło. Wtedy rozkładam matę późnym wieczorem. Potem tylko kąpiel i spać. Czasami bywa jednak tak, że daję się ponieść chwili i po prostu ćwiczę w środku dnia.

Najtrudniej jest zacząć trening. Rozłożenie maty nie jest męczące, prawda? Przebranie się to też niewielki wysiłek. Potem mówię sobie: „Hej, dziewczyno, nie musisz przecież zrobić całego treningu od początku do końca. 10 minut to nie dramat, a jak będziesz chciała przestać, to przestaniesz, nie ma przymusu do ćwiczeń!”. I co? Zawsze dając sobie takie przyzwolenie na przerwanie treningu, robię go do końca! A potem przepełnia mnie uczucie satysfakcji i pojawia się ta cudowna fala radości.

– Ewa Chodakowska dużo mówi. Na początku w niektórych programach sposób jej mówienia mnie drażnił. Zwłaszcza, że dam radę, że świetnie, a ja padałam na twarz 🙂 Teraz już tak nie jest, przyzwyczaiłam się i stało się to dla mnie normalne. Jest nawet takie stwierdzenie, które szczególnie wzięłam sobie do serca:

„Twoje ciało może znacznie więcej, niż podpowiada ci twój umysł”.

To prawda! Przypominam to sobie, gdy głowa podpowiada mi, że jestem tak strasznie zmęczona, że na pewno nie dam rady poćwiczyć albo że nie zrobię kolejnych brzuszków.

– Lubię ćwiczenia z Ewą Chodakowską, bo trenuję w domu, kiedy chcę, nie tracę czasu na dojazdy, wyjścia, a po treningu mogę od razu umyć się w mojej własnej łazience. Poza tym (znając programy na pamięć) czasami puszczam sobie jakiś podcast albo słucham audycji radiowej. I mam dwie pieczenie przy jednym ogniu 😉 Poza tym nie ponoszę żadnych kosztów (płyty z niektórymi programami dostałam w prezencie).

***

Fajnie mieć poczucie, że się o siebie dba, a efekty są przyjemnym skutkiem ubocznym. Nie zależy mi na ciele kulturystki, nie widzę siebie w takim wydaniu (kwestia gustu). Traktuję treningi oprócz doraźnej radości, raczej zapobiegawczo, żebym bez oporów mogła założyć sukienkę bez rękawów i żeby przy podniesieniu rąk nie wisiały mi „firanki” 🙂

Gratuluję, dotrwałaś do końca 🙂

Jestem ciekawa, jak się mobilizujesz do ruchu? Masz na swoim koncie ćwiczenia z Ewą Chodakowską?

Tagged , , , , ,