Umysł

Kiedy postanowienia mają sens? – mój roczny post zakupowy

Koniec roku sprzyja podsumowaniom i planowaniu przyszłości. Dawniej zawsze tworzyłam listę rzeczy, które chciałabym zmienić lub wprowadzić do swojego życia wraz ze zmianą daty. Każdą dietę, plany treningowe, naukę nowych umiejętności rozpoczynałam od poniedziałku, od nowego miesiąca, od nowego roku… Jednak nigdy nie udało mi się wytrwać w postanowieniach. Analizowałam, co jest nie tak z moją silną wolą i wreszcie zdiagnozowałam swój przypadek. Odkryłam wreszcie, kiedy postanowienia mają sens. Myślę też, że ta diagnoza może okazać się całkiem uniwersalna.

Umiar

Zazwyczaj jest tak, że tworząc listę postanowień, pragniemy jednoczesnych zmian w wielu obszarach. Nowy Rok to przecież dobra okazja, taki świeży start. Ale to właśnie nadmiar zbyt ambitnych postanowień jest gwoździem do trumny. Pięć razy w tygodniu chodzić na siłownię, rzucić palenie, odstawić cukier, rozpocząć intensywny kurs hiszpańskiego, przeczytać 52 książki? – utopia (w znacznej większości przypadków). Nawet jeśli przez pierwsze dni czy tygodnie nowego roku uda się systematycznie realizować postanowienia, organizm dozna szoku i zniechęci do dalszego działania.

Jednym z najskuteczniejszych sposobów pracy nad sobą jest metoda małych kroków. Co prawda, nie zauważymy spektakularnych efektów w ciągu kilku dni, ale dzięki temu jest większa szansa na trwałe wprowadzenie nowych nawyków.

Kiedy postanowiłam zaczynać dzień od szklanki wody z cytryną, przez pierwsze dni musiałam się na tym intensywnie skupiać, żeby nie pominąć tego elementu w trakcie porannej rutyny. Jednak po jakimś czasie tak weszło mi to w krew, że teraz przygotowuję wodę praktycznie z zamkniętymi oczami, na śpiąco. I już nie muszę traktować tego jako postanowienia, wyzwania, nie muszę korzystać z żadnych habit trackerów, żeby monitorować postępy. Jest to tak oczywiste, jak mycie zębów, a wprowadzenie tego nawyku do mojego życia nie było wielką, uciążliwą rewolucją.

Jednak woda z cytryną to dość małe wyzwanie w porównaniu do np. regularnej aktywności fizycznej. Zwłaszcza dla kogoś, kto najbardziej na świecie nie lubił w szkole w-fu. Nie rzuciłam się na głęboką wodę, nie robiłam dalekosiężnych planów, nie postanowiłam, że przebiegnę maraton. To była suma małych, codziennych decyzji. Nawet odrobina ruchu jest lepsza od nicnierobienia. Owszem, kosztowało mnie to sporo pracy i wymagało samozaparcia, ale ostatecznie ćwiczenia stały się nieodłącznym elementem mojego życia, tak jak poranna woda z cytryną, a po ponad dwóch latach ciało odwdzięcza się subtelnie zarysowanymi, mocnymi mięśniami i dobrą kondycją.

Data nie ma znaczenia

Do wprowadzenia zmian w życie trzeba dojrzeć. Kiedy jakaś sprawa zaczyna nam już naprawdę doskwierać i myślimy intensywnie o tym, że przydałoby się popracować nad sobą w tym konkretnym przypadku – to znak, że jesteśmy gotowi. Właśnie wtedy postanowienia mają sens. Jeśli nie są pochopne, ale wynikają z głębokiej analizy, mają na starcie zdecydowanie większe szanse na powodzenie. I wtedy nie trzeba Nowego Roku, nowego miesiąca czy poniedziałku, ale warto zacząć tu i teraz. Tak po prostu. Po co tracić czas na czekanie do okrągłej daty?

Takie podejście okazało się przydatne z innego powodu. Upadki zdarzają się każdemu. Dawniej, gdy np. podejmowałam próby przejścia na dietę czy niejedzenia słodyczy, czekałam z tym do poniedziałku. W okolicach środy skusiłam się na coś „zakazanego” i całe postanowienie legło w gruzach. Zamiast kontynuować je po niewielkim upadku, znów czekałam na „nowy początek” i „okrągłą datę”. Kończyło się to zazwyczaj folgowaniem sobie do niedzieli, by od poniedziałku „wziąć się za siebie”. Błędne koło, rodzące niepotrzebne frustracje.

Data naprawdę nie ma znaczenia. Teraz, gdy uznaję, że jestem gotowa na zmianę, wprowadzam ją od razu. A gdy zdarzy mi się jakaś drobna porażka, również od razu mogę wstać, otrzepać się i iść dalej, nie czekając na lepszy, bardziej „okrągły” moment.

Po dłuższym czasie te drobne porażki w gruncie rzeczy nie mają znaczenia. Liczy się – jak wspomniałam wcześniej – suma małych decyzji. Jeśli zdarzy mi się tydzień lenistwa i odpuszczenia ćwiczeń, wytrącenia z rytmu, to nie znaczy, że przekreśliłam tym wszystkie dotychczasowe treningi. Po prostu wyciągam matę i jak gdyby nigdy nic znów zaczynam ćwiczyć. W dłuższej perspektywie ten tydzień jest niezauważalny.

Nigdy nie paliłam papierosów, jednak każdy, kto rzucał palenie może potwierdzić, że załamanie i skuszenie się na jednego papierosa nie rujnuje całego procesu zmiany, ale jest jego elementem. Ten jeden upadek nie cofnie przecież pozytywnych zmian dla naszego zdrowia, osiągniętych dzięki wcześniej niewypalonym paczkom. Ważne, by się nie poddać własnej porażce i wrócić na właściwy tor.

Sens postanowień i ograniczeń

Postanowienia mają sens, gdy są rozsądne. Wówczas są pożytecznym narzędziem w pracy nad sobą i rozwoju. Zmiana na lepsze nie jest podana na tacy i wymaga wysiłku. Jednak nic tak świetnie nie kształtuje naszego charakteru, jak rzucanie sobie wyzwań, pokonywanie słabości oraz podnoszenie się po upadku. Z jednej strony natura człowieka dąży do wygody, w której nie ma absolutnie nic złego, ale z drugiej – łatwo można się zagalopować i popaść w wygodnictwo. Czasami warto sobie odpuścić, pozwolić na odpoczynek czy nawet lenistwo, ale ogólny rachunek powinien wskazywać postęp.

Ograniczenia z zewnątrz traktujemy często jako zniewolenie, ale też się im poddajemy, bo za bardzo nie mamy wyjścia. Z kolei ograniczenia, które narzucamy sobie sami, są trudniejsze, ale właśnie dlatego bardziej pożyteczne. Dawno temu Boże Narodzenie, urodziny czy Dzień Dziecka były niezwykłymi okazjami, na które czekałam z wypiekami na twarzy, bo wiązały się z prezentami! Gdybym dostawała prezenty zbyt często, bez powodu, zostałabym pozbawiona tych wspaniałych emocji i ekscytacji wyjątkowymi dniami.

W dorosłym życiu chętnie się prezentujemy. Pojawia się potrzeba i następuje jej realizacja. Świetnie, jeśli finansowo możemy sobie na to pozwolić. Jednak bardzo łatwo wpaść w pułapkę zbyt częstych podarunków i zbyt obfitych zakupów oraz mylenia prawdziwych potrzeb z zachciankami. Tak też było w moim przypadku…

Roczny post zakupowy – dlaczego?

Nie lubię bezcelowych działań, bo zwyczajnie szkoda mi czasu. Dlatego gdy rozpoczęłam swój eksperyment szafowy, nie spisałam swoich wszystkich ubrań dla samego spisania, ale po to, by po roku wyciągnąć wnioski na temat użyteczności mojej szafy oraz przeanalizować podejście do zakupów. Zobaczenie na papierze czarno na białym, że kupuję zbyt wiele i zbyt pochopnie sprawiło, że dojrzałam do decyzji, by na jakiś czas powstrzymać się od zakupów.

Wcześniejsze próby ograniczenia kupowania ubrań spełzły na niczym. Miesiąc to dla mnie zbyt krótki okres, by trwale zmienić podejście do konsumpcji ubrań (choć podobno normalnie wystarczy 21 dni na zmianę nawyku, ja okazywałam się zbyt oporna w tym konkretnym obszarze). Stąd decyzja o wydłużeniu okresu wstrzemięźliwości.

Z jednej strony rok to szmat czasu, z drugiej – niewielki ułamek. Wszystko zależy od perspektywy. Ostatnio coraz częściej łapię się na tym, że czas upływa mi zdecydowanie szybciej niż jeszcze dziesięć lat temu, ale z wiekiem to podobno normalne. Uznałam, że warto narzucić sobie tak duże ograniczenie, żeby skutecznie odzwyczaić się od kompulsywnego kupowania ubrań. Miesięczna wstrzemięźliwość kończyła się zazwyczaj wygłodniałym wypadem na zakupy i realizacją tych wszystkich zachcianek, których sobie przez 30 dni odmawiałam. Liczę więc na to, że przez rok zajdą w mojej głowie trwałe zmiany.

Oczywiście nie podjęłabym tego wyzwania, gdybym miała świadomość, że w mojej szafie brakuje zimowej kurtki albo nie mam ani jednej czapki. Nie chodzi przecież o ryzykowanie zdrowiem czy życiem 😉 Roczny eksperyment pokazał mi, że mam w szafie wszystko, czego mi potrzeba, a nawet jeszcze więcej. Przygotowałam się do tego postu także mentalnie, dużo czytałam o współczesnej produkcji odzieży i doszłam do wniosku, że chcę wyrwać się z machiny fast fashion, w którą niechcący wpadłam. Nie oznacza to, że przestanę lubić ubrania i od teraz zacznę nosić worki pokutne, bo popadanie w skrajności nie jest dobrym rozwiązaniem. Chcę po prostu, żeby do tej sfery życia wrócił rozsądek.

Post ma sens wtedy, gdy faktycznie jest jakimś ograniczeniem. Tradycyjne rozumienie, sprowadzające się do niejedzenia mięsa, nie jest dla mnie żadnym wyzwaniem (choć lubię mięso, mogę bez niego żyć i nie odczuję różnicy). Ale już niekupowanie ubrań może okazać się dla mnie trudne. Zaczęłam 19 października 2017 r. (to był czwartek, więc żadna okrągła data). Jestem w trakcie trzeciego miesiąca i tak jak przypuszczałam, pojawiają się pokusy, w głowie rodzą się kolejne zachcianki, ale trwając w postanowieniu przede wszystkim chcę być uczciwa wobec siebie.

Podsumowując, postanowienia mają sens, gdy:

– wprowadzamy je pojedynczo, nie wszystkie na raz, gdy dajemy organizmowi szansę na przyzwyczajenie się do nowej sytuacji – metoda małych kroków;

– są rozsądne, przemyślane, dostosowane do naszej faktycznej potrzeby zmiany, gdy do nich dojrzeliśmy;

– nie czekamy z nimi na okrągłą datę, specjalny moment, ale wprowadzamy je w momencie podjęcia decyzji;

– nie poddajemy się po pierwszej lepszej porażce czy drobnym upadku – one nie przekreślają dotychczasowej pracy i zmiany, która już zaszła;

– są dla nas jakimś wyzwaniem, ograniczeniem, wymagają samodyscypliny, bo tylko wtedy praca nad zmianą kształtuje nasz charakter, a właśnie głównie o to chodzi;

– jesteśmy przede wszystkim uczciwe wobec siebie. Nie wobec wszystkich ludzi, którym opowiedzieliśmy o naszych postanowieniach.

***

Życzmy sobie nawzajem, żeby podejmowane postanowienia w 2018 roku faktycznie zmieniały nas na lepsze. Bądźmy gotowe na zmiany i otwarte na nowe wyzwania nie tylko 1 stycznia, ale przez cały czas!

Tagged , , , , , ,