Inspiracje

Polecam, bo warto… #1

Tym wpisem inauguruję serię, w której będę dzielić się z Wami tym, co według mnie warto przeczytać, obejrzeć, wypróbować, przetestować… Robimy to na co dzień z moimi bliskimi, więc dlaczego nie zrobić tego tutaj, w większym towarzystwie?

Okres przedświąteczny to dla wielu z nas mnóstwo obowiązków i zajęć, ale niebawem przyjdzie kilka dni wytchnienia. Może akurat coś z poniższych propozycji umili Wam kilka chwil zbliżającego się odpoczynku albo w drodze na święta…?

Zatem polecam, bo warto…

…PRZECZYTAĆ:

„To nie są moje wielbłądy. O modzie w PRL” Aleksandra Boćkowska

To lektura obowiązkowa dla każdego, kto interesuje się modą i jej historią. Wydana ponad dwa lata temu, ujmuje piękną oprawą graficzną i bogactwem starych zdjęć.

Nie pamiętam zbyt dobrze trendów w PRL, bo w początkowej fazie mojego istnienia (a u schyłku istnienia Polski Ludowej) bardziej interesowałam się lalkami niż ciuchami, dopiero wczesne lata 90. kojarzę z ortalionowymi dresami i białymi skarpetkami, które były oznaką prestiżu, noszone zwłaszcza do garniturów…

Dzięki tej książce przeniosłam się w magiczny sposób do czasów, w których moje babcie i moi rodzice stawali na rzęsach, żeby móc się w miarę estetycznie ubrać. Choć powszechnie wiadomo, że wtedy wszystkiego brakowało, to właśnie z tego powodu większa była kreatywność ludzi. Elita tworząca ówczesny polski „styl” z zachłannością wyglądała paryskich wydań „ELLE”, które przedzierały się przez Żelazną Kurtynę. To było okno na świat prawdziwej mody, którą próbowano mniej lub bardziej udolnie kopiować (lub się nią inspirować).

Bohaterowie książki opowiadają, jak stroili się na wyjazdy do Paryża i jakim zaskoczeniem był dla nich widok prawdziwej paryskiej ulicy. Dziewczyny chodzą tam zwyczajnie, w prostych koszulach, spodniach, swetrze… To, co dziś nazywamy niewymuszonym „francuskim szykiem”, wtedy było tłem dla przesady, a czasami wręcz śmieszności ze Wschodu. Z tęsknoty za dostatkiem i wolnością, ludzie mieli jeszcze większą niż przeciętnie potrzebę wyróżniania się. I na tle Francuzek naprawdę się wyróżniali…

Moda Polska, Barbara Hoff ze swoim Hofflandem i rubryką w „Przekroju” czy „ciuchy” na Szembeka dodawały kolorytu szaroburej rzeczywistości. Jednak problemy, z jakimi musieli wtedy zmagać się twórcy ubrań, dziś są tak abstrakcyjne, że aż trudno w nie uwierzyć.

Żaden z PRL-owskich projektantów nie zdetronizował co prawda Coco Chanel, ale ich praca nie była kreowaniem mody dla samego kreowania. Najlepiej podsumowuje to Barbara Hoff: „Moda jest ważna, gdy o coś walczy”. A czyje są tytułowe wielbłądy, skoro nie moje? Przekonajcie się same 🙂

„Życie na miarę. Odzieżowe niewolnictwo” Marek Rabij

Po przyjemnej lekturze czas na coś poważniejszego i mocniejszego, ale pozostającego w branży tekstylno-modowej. Już dawno żadna książka tak bardzo mnie nie poruszyła, słowo daję! Słyszałam o niej wcześniej, ale dopiero w tym miesiącu trafiłam na nią przypadkiem w bibliotece. I przepadłam.

Zastanawiałaś się, ile kosztuje wyprodukowanie t-shirtu, który kupujesz w „lepszej”, „markowej” sieciówce i za który musisz zapłacić 150, 200, a nawet 300 zł? Kosztuje dokładnie tyle samo, co wyprodukowanie t-shirtu dla najbardziej popularnych sieciówek, takich jak H&M czy ZARA. Około 1,5 dolara. Ludzie, którzy je szyją, żyją w skrajnej nędzy, są wyzyskiwani, głodują, a o zapewnieniu podstawowej opieki zdrowotnej mogą tylko marzyć. Pierwsza myśl, jaka przyszła mi do głowy, to bojkot sieciówek – gdyby zachodni konsumenci nie byli tak łasi na wciąż nowe ubrania szyte w skandalicznych warunkach, to sytuacja uległaby poprawie. Ale czy na pewno? Po przeczytaniu tej książki już wiem, że to nie jest dobre rozwiązanie, zwłaszcza dla bengalskich szwaczek…

Marek Rabij (wówczas jeszcze dziennikarz „Newsweeka”) pojechał do Dhaki, stolicy Bangladeszu tuż po tym, jak zawalił się budynek Rana Plaza, fabryki, w której szyto ubrania dla zachodnich marek (w tym dla naszej rodzimej LPP). Na pewno o tym słyszałyście, bo media były rozgrzane do czerwoności: jak ten zły kapitalistyczny, bogaty świat wykorzystuje skrajnie biednych i głodnych ludzi, gotowych pracować za miskę ryżu dziennie.

Krótki pobyt tam w 2013 r. nie przyniósł mu odpowiedzi na wszystkie pytania, dlatego wrócił do Bangladeszu rok później. Chciał sprawdzić, czy katastrofa, w której zginęło (według oficjalnych doniesień) 1200 osób, wpłynęła na poprawę sytuacji ludzi zatrudnionych w innych fabrykach odzieżowego zagłębia świata. I tak powstało „Życie na miarę”.

W książce pokazany jest cały mechanizm działania współczesnego przemysłu odzieżowego, kto jest za co odpowiedzialny, jak manipuluje się pozostałymi ogniwami tego ubraniowego łańcucha.

Uświadomienie sobie tego było dla mnie wstrząsające. Podobnie jak wstrząsające jest to, że świat nie ma pomysłu, jak rozwiązać problem. A może i ma pomysł, ale na jego wdrożeniu ktoś by zbyt wiele stracił…?

 

…OBEJRZEĆ:

„Służące”

(ang. „The Help”) reż. Tate Taylor, 2011 r.

Nie dziwię się, że film zdobył tak wiele nagród, w tym Oscar i Złoty Glob dla Octavii Spencer, jako najlepszej aktorki drugoplanowej – bo ta pani rozbiła bank!

Lata 60., stan Mississippi. Zapewne kojarzycie, że to nie najlepsze czasy dla czarnoskórych w Stanach Zjednoczonych. Co prawda, dzięki wysiłkom wielu ludzi takich jak Martin Luther King czy Rosa Parks, w końcu zniesiono segregację rasową, ale mentalności ludzi nie zmieni się ustawą.

Początkująca dziennikarka (w tej roli Emma Stone) namawia czarnoskórą służącą na wywiad o tym, w jaki sposób traktują ją biali pracodawcy. A głównie pracodawczynie: białe, bogate panie z przedmieść, zajmujące się wychowywaniem potomstwa, strojeniem i grą w brydża. Materiał jest na tyle ciekawy, że powstaje pomysł napisania książki. Ale do tego potrzeba więcej głosów służących. Początkowy opór i strach udaje się przełamać, a na światło dzienne wychodzą niewyobrażalne dziś dla nas historie!

To niezwykła historia o sile kobiet, walce o prawa człowieka momentami okraszona humorem, ale też chwilami bardzo wzruszająca. Do tego świetna scenografia i kostiumy – wszystko składa się na piękny obraz.

Aha! Film powstał na podstawie książki „Służące” Kathryn Stockett, która 60 razy była odrzucana przez wydawców, zanim ktoś postanowił ją w końcu opublikować.

„Wielkie oczy”

ang. „Big Eyes”, reż. Tim Burton, 2014 r.

Ten film to kolejny dowód na to, że życie pisze najlepsze scenariusze. Historia oparta jest na faktach i opowiada o Margaret Keane, malarce, która odchodzi od męża-niewdzięcznika, by niedługo potem wpaść w ramiona niezłego bajeranta, pana Waltera Keane’a. Walter marzy o karierze artysty. Margaret z kolei maluje bardzo emocjonalne portrety dzieci, które wyróżniają się niezwykłymi oczami, ale nie ma siły przebicia. Zresztą nawet nie próbuje, bo kobiecie w latach 50. i 60., w dodatku rozwódce, jest i tak wystarczająco trudno. Pan Keane, ze swoimi zdolnościami marketingowymi, sprzedaje pierwsze obrazy nowej żony, które podpisane są… „Keane” i przypisywane jemu. Spragniony sławy, nie zamierza prostować drobnego nieporozumienia…

Co sprawiło, że Margaret w końcu znalazła w sobie siłę, żeby upomnieć się o swoje? Jak z zastraszonej, zlęknionej ewentualnymi konsekwencjami i poddanej istoty przeistoczyła się w samodzielną i mocną kobietę? Obejrzycie film 🙂

Margaret Keane z Amy Adams, odtwórczynią roli malarki w filmie „Wielkie oczy”
Tagged , ,