Garderoba

Ilu ubrań potrzebuję tak naprawdę? – mój szafowy eksperyment

Na pytanie „ilu ubrań potrzebuję?” każda z nas odpowiedziałaby inaczej i każda z tych odpowiedzi byłaby poprawna. Nie ma tu uniwersalnej liczby, np. 33 sztuki i ani jednej więcej, natomiast jest uniwersalna odpowiedź: potrzebuję optymalnej liczby ubrań. Czyli ile…?

Choć teraz zabrzmi to dość przewrotnie w kontekście tytułu i całego mojego eksperymentu, to jednak muszę podkreślić na początku, żebyśmy się dobrze zrozumiały, że daleka jestem od restrykcyjnego trzymania się liczb w związku z posiadanymi rzeczami. Liczenie jest narzędziem, które pomaga nam nabrać pewnego oglądu sytuacji i wyciągnąć wnioski. Gdy zaczyna służyć do bicia rekordów i fiksowania się na zmniejszaniu lub powiększaniu kolekcji, by osiągnąć konkretną, okrągłą liczbę, pierwotny cel po prostu się wypacza. Osoby interesujące się minimalizmem pewnie nie raz stawiały sobie pytania w stylu: a skarpetki liczyć jako dwie sztuki czy jako jedna para? Naprawdę, nie o to w tym chodzi.

Dziś dzielę się z Wami osobistym doświadczeniem szafowym, który zaowocował sporą rewolucją w moim życiu. Być może któraś z Was znajdzie w tym inspirację do uważniejszego przyjrzenia się czeluściom swojej garderoby…?

Skąd ja mam tyle ciuchów?!

Nigdy nie byłam kolekcjonerką czy bałaganiarą. Wręcz przeciwnie, od zawsze uwielbiam porządek, niektórzy twierdzą, że jestem aż nazbyt pedantyczna. Nie mam sentymentów do rzeczy, pozbywam się bez skrupułów tych niepotrzebnych, czasami może za pochopnie. Nie zbieram pamiątek, nie lubię durnostojek, kurzołapaczy, ani modnych gadżetów, więc moje mieszkanie nie jest i nigdy nie było zagracone. Dlaczego więc zainteresowałam się nurtem minimalizmu?

Wszystko zaczęło się latem 2013 roku. Robiliśmy wtedy generalny remont mieszkania. Spakowanie i zabezpieczenie wszystkiego poszło całkiem sprawnie. Lecz widok przepastnych worków i walizek z moimi ubraniami przyprawił mnie o dreszcze. Zajmowały pół pokoju! Wcześniej nie miałam wyobrażenia, że jest ich aż tak dużo, bo rozlokowane po półkach w szafie, szufladach i na wieszakach, nigdy nie znalazły się w jednym miejscu na raz.

Szybki przegląd pokazał, że nie ma tam zużytych czy zniszczonych rzeczy, za to jest sporo takich, które miałam na sobie raz albo wcale. Nic dziwnego, przecież regularnie robiłam porządki i bez sentymentów pozbywałam się starych ubrań. Problemem było to, że w ich miejsce natychmiast kupowałam nowe. Nie wracałam ze sklepów obładowana torbami, więc skąd wzięło się ich aż tyle? Gdy przeanalizowałam częstotliwość wizyt w centrach handlowych, okazało się że bywałam w nich średnio co drugi dzień po pracy (ówczesna praca w centrum Warszawy i Złote Tarasy na wyciągnięcie ręki…). Rzadko wychodziłam z niczym. Bluzeczka do bluzeczki i to jest odpowiedź na pytanie, skąd się to wszystko wzięło. Przyczyny takich nawyków konsumpcyjnych to czysta klasyka gatunku: rekompensowanie sobie stresu, ciężko pracuję, więc muszę to sobie wynagrodzić, „presja”, bo dziewczyny z pracy wciąż mają coś nowego (tak mi się wydawało), próba bycia „na czasie” (co za bezsens, aż nie mogę w to uwierzyć…).

Oczywiście poza przepełnioną szafą i wyświechtanym powiedzeniem „nie mam się w co ubrać, bo nic do siebie nie pasuje” itp., moje konto oszczędnościowe nie odznaczało się imponującą zawartością, choć już całkiem nieźle wtedy zarabiałam. Przypomina mi się tutaj Carrie Bradshaw z „Seksu w wielkim mieście”, która próbując ustalić, gdzie podziały się jej pieniądze mówi, że owszem ma sto par szpilek, każda po 400 dolarów, ale to przecież tylko cztery tysiące. Zaraz, zaraz, nie!!! To czterdzieści tysięcy!

ilu ubrań potrzebuję - pyta Carrie Bradsah

Dlaczego policzyłam swoje ubrania?

Ta olbrzymia sterta ciuchów była kubłem zimnej wody. Ilu ubrań potrzebuję, by nie czuć się przytłoczona nadmiarem, ale jednak dobrze wyglądać? Podeszłam do rozwiązania problemu metodycznie, zresztą jak zawsze. Zaczęłam od teorii i tak trafiłam na blogi oraz książki o minimalizmie, slow fashion, porządkowaniu szafy, odkrywaniu własnego stylu, które mnie zafascynowały! Z okazji urodzin zrobiłam sobie prezent i poszłam do stylistki na analizę kolorystyczną. Okazało się, że wcześniej uwielbiane zimne, nasycone kolory to nie mój klimat, bo jestem „stonowaną jesienią”. „Najgorzej…” – pomyślałam, ale cóż, jak wyrok, to wyrok (teraz już wiem, że nie należy traktować tego tak zero-jedynkowo).

Przejrzałam każdą rzecz w szafie pod kątem kolorów i te najbardziej niepasujące oddałam. Na półkach zrobiło się luźniej, no ale przecież trzeba uzupełnić trochę braków już we właściwych kolorach. Znowu zakupy. Co prawda bardziej świadome i przemyślane, ale jednak trochę pochopne. Jaki błąd popełniłam? Zrobiłam to wszystko za szybko. Chciałam w kilka dni/ tygodni zbudować szafę i styl, które powinno budować się latami. A trzeba było dać sobie więcej czasu na obserwacje…

Choć szafa nie pękała już w szwach i nie przypominała rozmiarem tej sprzed lata 2013, to mimo wszystko nie byłam z niej zadowolona. Miałam poczucie, że się miotam, nie wiem, co tak naprawdę lubię nosić. Przez ten okres były wzloty i upadki, testowałam raz klasyczną elegancję, a zaraz potem francuski szyk, by znów przerzucić się na sportowe ubrania. W 2015 r. po raz pierwszy policzyłam swoje ubrania. W sumie było ich 320 sztuk (włączając w to buty, torebki, szaliki, czapki, okrycia wierzchnie, praktycznie wszystko z wyjątkiem bielizny, pasków do spodni czy biżuterii). Dużo? Oj, zdecydowanie tak! Dlatego też przez kolejne miesiące rozpoczęła się systematyczna, przemyślana czystka (ale też zdarzały się kolejne zakupy), choć już bez skrupulatnego liczenia.

Eksperyment: co mam w szafie

I tak w pewien październikowy wieczór 2016 r., mając chwilę wolnego, postanowiłam zrobić mały eksperyment. Nie zaglądając wcześniej do szafy, usiadłam przed komputerem i zaczęłam w Excelu spisywać z pamięci ubrania, które mam, podzielone na kategorie. Gdy wydawało mi się, że już wszystko znalazło się na liście, sprawdziłam ją z zawartością mojej garderoby. I wiecie co? O blisko 30 procentach rzeczy nie pamiętałam! A one wcale nie były poupychane gdzieś na dnie, tylko ładnie posegregowane i ułożone tematycznie… Poszłam więc o krok dalej.

Ilu ubrań potrzebuję w ciągu roku?

Pomyślałam, że warto sprawdzić, jak często w nich chodzę. Dopracowałam moją excelowską tabelkę i postanowiłam, że każdego dnia zaznaczę w niej, co miałam na sobie.

Wiem, że dla wielu z Was może się to wydać co najmniej dziwne, a już na pewno czasochłonne. Stworzenie tabelki zajęło mi dwie godziny. Codzienne zaznaczanie pochłaniało 30 sekund, czyli mniej niż jedno scrollowanie facebooka. Gdy byliśmy na wakacjach, na które nigdy nie zabieramy komputerów, zapisywałam wszystko na kartce i po powrocie do domu przenosiłam do tabelki. Niewiele czasu straciłam, za to wnioski z eksperymentu – bezcenne!

W kategoriach (np. spodnie, spódnice, sukienki, torebki, szaliki itp.) była dodatkowa kolumna na wpisanie, ile razy noszę daną rzecz. Gdy zakładałam coś po raz pierwszy od czasu trwania eksperymentu, zaznaczałam komórki na szary kolor i wpisywałam liczbę „1”. Gdy zakładałam tę rzecz ponownie, innego dnia, zmieniałam tylko liczbę na „2” i tak kolejno. Banalnie proste!

moja tabelka z ubraniami
Trzy przykładowe kategorie ubrań z mojej tabelki 2016/2017 wraz z liczbą, ile razy miałam na sobie daną rzecz w ciągu roku

Po jakimś czasie część tabelki była już szara, ale jeszcze mocno przebijały się rzeczy, których ani razu nie nosiłam. Łatwo też można było zauważyć, co należy do moich ulubionych ubrań. Okazało się, że przez pierwsze dwa miesiące wykorzystałam ponad 47 procent potencjału swojej szafy (miałam przynajmniej raz na sobie). Niby nie tak źle, zważając na sezonowość niektórych ubrań, bo trudno nosić plażowe szorty w grudniu, ale z drugiej strony też nie najlepiej.

Nim się obejrzałam, 18 października 2017 r. minął rok od rozpoczęcia eksperymentu. Zaczynałam z 220 sztukami ubrań, skończyłam go z 209 sztukami. Wykorzystałam 93,3 proc. potencjału szafy. Ten rok to była po prostu obserwacja: co noszę, ilu rzeczy się pozbywam, ile kupuję nowych. Choć według prostego rachunku można wysnuć wniosek, że ubyło mi 11 sztuk, to tak naprawdę pozbyłam się ich znacznie więcej. Po prostu w puste miejsca pojawiały się nowe nabytki, zdecydowanie za dużo! Wymieniłam blisko jedną trzecią szafy…

Ale czy wiem, ilu ubrań potrzebuję, by było optymalnie?

No właśnie, samo liczenie dla liczenia jest bez sensu. Jednak gdy wyciągnie się z tego wnioski i zacznie pracować nad swoim podejściem do ubrań oraz nawykami konsumpcyjnymi, to liczenie i zaznaczanie robi się całkiem pożyteczne.

Choć ten rok zleciał mi nie wiadomo kiedy, to mimo wszystko jest to stosunkowo długi okres. Czego się dowiedziałam o sobie i swojej szafie?

Wniosek nr 1:

Mam tak dużo ubrań, że mogłabym przez trzy miesiące nie robić prania, są tu ubrania na każdą okazję (no może poza wieczorową suknią), widać ilu ubrań potrzebuję tak naprawdę, a ile z nich to zwykłe zachcianki i urozmaicenie.

Wniosek nr 2:

Miałam w tym roku na sobie znaczną większość moich ubrań. Wydawało mi się jednak, że niektóre z nich zakładam częściej. Nic bardziej mylnego. Czarne szpilki – 2 razy, ulubiona letnia casualowa granatowa sukienka – 2 razy, jedwabna chustka, którą sobie wymarzyłam dwa lata temu – 1 raz, szary wełniany płaszcz – 8 razy, a jesień i zima przecież były długie… Mogłabym tak wymieniać i wymieniać. To tylko pokazuje, że choć bardzo lubię te rzeczy i nie mam zamiaru się ich pozbywać (przynajmniej na razie), to w sumie jest ich za dużo, żeby je rozsądnie eksploatować. One nie mają szansy się zużyć, a raczej do domu spokojnej starości ich nie zabiorę…

Wniosek nr 3:

Moja szafa przez ten rok wzbogaciła się o wiele świetnych elementów, dobrych jakościowo, pasujących do mnie, ponadczasowych i przydatnych. Jednak dopiero zapisywanie każdej nowonabytej rzeczy (wraz z jej ceną) uświadomiły mi, że mimo wszystko kupuję zdecydowanie za dużo i zbyt wiele pieniędzy na to przeznaczam. W trakcie całego roku zakupy się rozmywają, pamięć zawodzi i wydaje się, że te spodnie są stare, kupione wieki temu. Albo że okazja była świetna i wełniany sweter przecież przeceniono na 100 zł. Zerknięcie do zapisków uzmysławia, że nie są takie stare, jak się wydaje i że pochłonęły w sumie duże środki, choć rozłożone na raty tak bardzo nie bolały…

Wniosek nr 4:

Robię zakupy zbyt pochopnie. Coś sobie wymyślę, przeanalizuję, że pasowałoby do mojej szafy i zamiast dać tej myśli się uleżeć, niemal natychmiast pragnę ją zrealizować. Ostatnio większość okazuje się trafionymi nabytkami, ale zdarzają się takie, które zaczynają szybko wadzić. Tak było na przykład z sukienką z długim rękawem, zakończonym wiązaniem (udało mi się ją sprzedać) i z butami – kolejnymi czarnymi szpilkami, bardziej zabudowanymi, na chłodniejsze dni, do sukienek (serio?) – na szczęście znalazły nową właścicielkę.

Wniosek nr 5:

Wiem, co noszę najchętniej i najczęściej. To pierwszy krok do właściwej pracy nad stylem.

Najbliższa perspektywa: ROCZNY POST ZAKUPOWY

19 października 2017 r. rozpoczęłam drugi rok zapisków z eksploatacji zasobów mojej szafy. Dałam szansę kilku sztukom ubrań, których nie włożyłam podczas pierwszego eksperymentu (niektóre z nich już nosiłam, więc cieszę się, że zbyt pochopnie się ich nie pozbyłam).

Postanowiłam, że przez rok nie kupię żadnego ubrania. Właśnie minęły dwa miesiące, przede mną jeszcze dziesięć. Uważam, że moja szafa ma obecnie olbrzymi potencjał i że nie odczuję straty z powodu niekupowania. Natomiast chcę ten rok poświęcić na doprecyzowanie i dopracowanie mojego stylu. Kombinuję z nowymi zestawami, sprawdzam różne możliwości, a jeśli przychodzi mi ochota na jakiś nowy ciuch (a uwierzcie mi, przychodzi i trochę rozumiem nałogowców, którzy tęsknią za odstawioną używką), który gdzieś zobaczę lub po przemyśleniu uznam, że bardzo by mi się przydał, zapisuję go na liście. Jeśli po roku okaże się, że nadal doskonale uzupełniłby moją szafę, być może kupię go sobie.

***

Jeszcze rok temu nie byłabym gotowa zdecydować się na takie szaleństwo! Dlatego doskonale rozumiem te z Was, które pukają się palcem w głowę, przeczytawszy to wszystko. Jednak uważam, że świadoma swoich przywar kobieta, powinna nad sobą pracować. Moją piętą achillesową, jedną z wielu, jest dość rozbuchane podejście do ubrań. Kiedyś marzyłam o szafie Carrie Bradshaw. Dziś przewartościowałam swój stosunek do mody i trendów, ważna jest dla mnie jakość, ponadczasowość i klasyka, ale wciąż mam problem z ilością. Dlaczego jednak postanowiłam nie kupować aż rok? I co (poza ogarnięciem szafy) daje mi taka wstrzemięźliwość? – o tym napiszę niebawem.

A Ty zadałaś sobie kiedyś pytanie: „Ilu ubrań potrzebuję TAK NAPRAWDĘ?”

Tagged , , , , ,